Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siostra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siostra. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 grudnia 2013

James Valvis, „Brzemię ojca”

Trumna była dębowa, z mosiężnymi okuciami, a ojciec nie był ułomkiem, lubił czekoladę, lasagnę, kiełbasę, brzuch miał okrągły jak worek mąki, więc wszystko razem ważyło dobre dwieście kilo.

Szedłem z tyłu. Pięliśmy się pod górę po soczystej zielonej trawie, od której skarpetki miałem mokre aż po kostki, zapadając się w wilgotną glebę z każdym krokiem. Mój brat, żołnierz piechoty morskiej, szedł z drugiej strony. Cały ciężar ojca spoczywał na nas. Pozostali czterej goście praktycznie tylko prowadzili.

Ciężko dysząc, spojrzałem na brata. Twarz miał poważną, lecz nieporuszoną. Miał kwadratową szczękę i był ostrzyżony na jeża. Jego zwyczajowo uważano za tego silnego, a mnie za tego inteligentnego. Ale tak naprawdę nigdy się z tym nie zgadzałem. On był jednym i drugim.

Mało brakowało, bym podparł trumnę prawą ręką, by pomóc lewej, ale wstyd mnie powstrzymał.

Wstyd: ojciec zawsze potrafił go we mnie wzbudzić i nagle przyszło mi do głowy – jakkolwiek było to irracjonalne – że wybrał to miejsce na stromym zboczu nie dlatego, że było położone wśród drzew albo niedaleko kaplicy, ale po to, żeby upokorzyć mnie, swego żyjącego syna, który nie był w stanie unieść ojcowskiego brzemienia nawet po jego śmierci i musiał się zatrzymać, żeby złapać oddech.

To, co zaczęło się jako ćwiczenie z szacunku, zamieniło się w wyzwanie i wiedziałem już, że prędzej ręka mi odpadnie, niż się poddam. Prędzej upuściłbym trumnę, niż poprosił o pomoc.

Stopy zapadały mi się głębiej w glebę, ślizgałem się, chlapiąc błotem. Pot lał się ze mnie strumieniami. Nadgarstki mnie bolały, skurcze targały bicepsami, oczy piekły. Błagałem Jezusa o siłę. Kątem oka spostrzegłem w trawie drozda, dziobem grzebiącego w ziemi w poszukiwaniu robaków. Czułem zapach potu spod pach i rozmiękłej gleby pod nogami. Wyżej widziałem już czubek namiotu rozpiętego nad otwartym grobem, w którym mieliśmy złożyć ojca. Będzie tam czekała moja matka, siostra, jeszcze parę osób. Sądząc po frekwencji, ojciec nie był szczególnie popularny.

Czy rzeczywiście? Chyba nie. Gdzie byli ci wszyscy kuzyni, których przyjął pod swój dach, bratankowie, których odwoził do domu po nocnych popijawach, przyjaciele, dla których konstruował meble? Dlaczego w żałobie po człowieku takiego formatu uczestniczyło tak niewielu?

Poczułem, że mój uchwyt słabnie, że trumna zaraz mi się wyślizgnie. Modliłem się. Zbocze było tu bardziej strome i zdawało się nie mieć końca. Ojciec najwyraźniej kazał się pochować na szczycie Mount Everestu. Piętami przydeptywałem nogawki spodni. Będą do wyrzucenia.

Zamknąłem oczy, próbując nie myśleć o bólu. Ale bolał mnie każdy palec. Trumna wrzynała mi się w ramię, przez co drętwiał mi kark. Nie mogłem złapać oddechu i zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie odetchnąć. Kazałem sobie odetchnąć – ale bez skutku.

Gdy wreszcie dotarliśmy na szczyt wzgórza, brat spojrzał na mnie. Miałem łzy w oczach. – Już dobrze – powiedział. Myślał, że płaczę z powodu ojca. W pewnym sensie tak było.

Opuściliśmy trumnę do grobu. Ulga była nie do opisania.

Gdy tylko poczułem przypływ mocy spowodowany zrzuceniem ciężaru, przyszło mi do głowy, że ojciec mógł to zaplanować nie jako karę, lecz jako ostatnią szansę, bym stał się synem, jakiego pragnął.

Pewnie nie, ale z nim nigdy nic nie wiadomo.

Podeszliśmy do strefy dla rodziny, gdzie matka i siostry łkały cicho, ale długo trwało, zanim złapałem wreszcie oddech i jeszcze dłużej, zanim zdołałem opanować uśmiech.

Originally published here.

sobota, 28 grudnia 2013

Joanna Leyland, "Siedzieć w słońcu"

Nie pytaj mnie, kochanie. Nie mam pojęcia. Tak jak powiedziałam, jestem tylko ich sąsiadką – tak, zgadza, to ten mały biały domek na rogu, ten, przy którym rośnie figowiec. Tak, widziałam wszystko. Nie żebym podglądała – wierzę, że każdy powinien zajmować się swoimi sprawami – ale nie dało się nie zauważyć. Najpierw całe to zamieszanie związane z jego chorobą, a potem płacz i zawodzenie, kiedy umarł – oczywiście, że poszłam złożyć kondolencje, tak się należy – i widziałam, jak wynoszą biedaka na cmentarz, kładą go do grobu i sypią ziemię. Muszę powiedzieć, że współczułam jego dwóm siostrzyczkom.

Słucham? Tak, zgadza się, kochanie. To było cztery dni później – gdy sprawy powoli wracały już do normy. Jakiś kaznodzieja. Dziewczynki musiały po niego posłać – nikomu nic nie mówiąc – i oto zjawił się, pewny siebie, z gromadą wiernych. Wyobrażasz sobie tę gadkę. A potem żeby iść na cmentarz, z prawie całą wioską depczącą mu po piętach. Nie, nie poszłam – pomyślałam, że to nieładnie, tak podburzać ludzi, robić im fałszywe nadzieje, ale myliłam się, nieprawdaż? W każdym razie kaznodzieja kazał im otworzyć grób, zawołał, tak mówią, i stało się. Wracali wszyscy, dziewczynki płakały i ściskały braciszka, połowa tłumu trajkotała z podnieceniem, a druga połowa, no wiesz, popatrywała niepewnie po sobie. Prawdę mówiąc, ja też nie byłam przekonana.

Potem? Cóż, kiedy kaznodzieja odszedł i wszystko ucichło, zapytałam jego siostry, czy nie pomóc im z zajmowaniem się nim. Bardzo mi dziękowały. Z początku było to tylko parę godzin, potem zaczęły przyprowadzać go rano i zabierać wieczorem, a wreszcie zapytały, czy mogłabym... no wiesz, wziąć go na stałe. Tak jak mówiłam, jestem wdową, a one... cóż, kochanie, powiedzmy po prostu, że nie jestem ponad to, żeby wziąć parę groszy za opiekę nad nim.


Przeszkadza? Na Boga, ależ nie, oczywiście, że mi nie przeszkadza. Sama zresztą widzisz, kochanie. Przez większość czasu po prostu tam siedzi. Oczywiście, że z nim rozmawiam – cóż, człowiek potrzebuje towarzystwa – ale jeżeli nie... Nie, w ogóle nie sprawia kłopotu. Po prostu lubi sobie siedzieć na słońcu.

Originally published here.