Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Ravi Mangla, „Cudzoziemka”

Była nowa w mieście i nieodpowiednio ubrana, sukienka w kwiaty w środku zimy. Pracowała jako kelnerka w barze w suterenie, czekając na właściwy moment. On mieszkał bezpośrednio nad nią. Zapuszczona kamienica z elewacją z piaskowca. Ona dzieliła mieszkanie z czterema współlokatorkami, nieustannie zakochującymi się i odkochującymi, i najgorsze chwile przeczekiwała u niego, na grzbiecie jego dłoni rysując budynki rodzinnego miasta. Tak pokazała mu liceum, do którego chodziła, i szpital, w którym się urodziła. W moim miasteczku, powiedziała mu, koty w zimie chodzą w sweterkach. Niezawodność hydrantów sprawdza się na godzinę przed każdym pożarem. Doroczne święto obchodzi się tylko w lata przestępne. Jego to ciekawiło, pociągał go dotyk cienkopisu na skórze. Gdy nie mógł zasnąć, małym palcem wodził po nitkowatych dróżkach prowadzących z poczty na ganek jej domu. Dorastał w dużym mieście i małomiasteczkowe życie traktował z pewną podejrzliwością, jednak tego konkretnego miasteczka trudno było nie lubić: drzwi niezamykane na noc i oranżada z lodami, lekarze, do których mówi się po imieniu, uliczne parady odbywane z byle powodu. Ona poprawiała kreski, które się wytarły, dodając nowe aleje i zabytkowe budynki, aż rysunki sięgnęły jego łopatki. Powiedziała mu, że ma plan co do reszty jego ciała, a potem przestała przychodzić, bez słowa ostrzeżenia. On nasłuchiwał odgłosu jej kroków na schodach, ale bez skutku. Tydzień później zapukał do jej drzwi. Otworzyła jedna z współlokatorek, w szlafroku, a on zapytał o nią. Pojechała do domu, odparła, z tuszem do powiek rozmazanym pod oczami. Chciał wiedzieć, kiedy wyjechała, ale zanim zdążył dokończyć, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Stojąc w progu, podciągnął rękaw swetra. Linie zniknęły, zatarte przez tygodnie nieobecności. Śledził je tysiące razy, obserwował, jak czubek mazaka pełznie po jego skórze w kolejne wieczory. Gdyby tylko dalej poruszał stopami, był przekonany, że ponownie zaprowadziłyby go do niej.

Originally published here.


David Jones, „Billy Śrut”

Hanney odchylił się w krześle tak, że jego plecy utworzyły z podłogą kąt czterdziestu pięciu stopni. – Wiecie, co jest najlepsze, jeżeli chodzi o Billy’ego Śruta? – zapytał, podnosząc brwi i spoglądając na Dziwnego i mnie.

- Nic nie przychodzi mi do głowy – odparł Dziwny, siadając na ławce i bębniąc ołówkiem o zęby.

- No właśnie – rzekł Hanney. – W tym cholernym szkieletorze nie ma nic dobrego.

- Masz rację – zgodziłem się. – Buc z niego i tyle.

Hanney skinął głową. – Dlatego musimy sukinsyna wykończyć.

- Pełna zgoda, przyjacielu – odparłem, oglądając paznokcie w poszukiwaniu nieistniejącego brudu.

Nagle Harry Błysk – który stał na straży przy drzwiach – zakończył tę naradę słowami: - Śrut nadchodzi!

Hanney prawie spadł z krzesła; Dziwny prawie spadł z biurka. Chwilę później siedzieliśmy przepisowo w krzesłach, z wyprostowanymi plecami, spoglądając przed siebie. Serce waliło mi jak młotem.

- A więc dobrze – rzekł profesor Franklin, wchodząc do sali i stając za pulpitem. – Na czym to skończyliśmy? – Spojrzał na słowa wypisane kredą na tablicy. – Ach tak, angielska wojna domowa. – Zdjął okulary i przetarł szkła. – Panie Hanney?

- Słucham, panie psorze – rzekł Hanney posłusznie.

- Wydajesz mi się w pewnym sensie miłośnikiem historii, nieprawdaż? Ha, ha! A zatem, panie Hanney, proszę mi powiedzieć, jak nazywano główne obozy walczące w angielskiej wojnie domowej?

Hanney posłał mi rozpaczliwe spojrzenie. Wzruszyłem ramionami. Wyglądało na to, że Billy Śrut przeżyje kolejny dzień.

Originally published here.


sobota, 4 stycznia 2014

Joanna Walsh, „A potem...”

Dla Emily Dickinson

NIECH BĘDZIE JESIEŃ

Niech będzie inne miasto. Niech domy będą niskie, przeciętne, trochę starych i trochę nowych. Niech gabinet lekarski mieści się w bocznej uliczce, w nowym bliźniaku z jasnej cegły z okrągłym oknem i podwójnymi drzwiami i pomalowanymi na jaskrawy kolor metalowymi poręczami, by wchodzący pacjenci mieli się czego chwycić.

Niech filie sieciowych sklepów na głównej ulicy będą za małe, by pomieścić cały asortyment towarów. Niech ich obroty zaniżają sklepy organizacji charytatywnych sprzedające używane produkty dobrej jakości. Niech będą inne sklepy oferujące rzeczy nieużyteczne: rzemiosło; drogie ubranka dziecięce; spłowiałe kartki świąteczne; ręcznie robione artykuły gospodarstwa domowego. Niech te sklepy będą puste, a ich kierowniczkami niech będą stare kobiety stojące w drzwiach i wypatrujące idealnego klienta. Niech moda będzie czymś, o czym słyszy się skądinąd.

Niech będą zaułki dla rowerów obrośniętych ciernistymi krzewami, z puszkami po cydrze w rowach. Niech te zaułki będą skrótami, lecz niech nikt nie kwestionuje sensu posiadania samochodów. Niech te skróty biegną na tyłach ogródków działkowych i supermarketów i zbudowanych z pustaka szkół przy obwodnicy. Niech biegną pod obwodnicą. Niech używają ich wyprowadzacze psów, a także wędkarze i narkomani. Niech te skróty będą puste, kiedy dzieci są w szkole, za wyjątkiem jednego czy drugiego wyprowadzacza psów, wędkarza czy narkomana. Niech każdy nosi odpowiedni mundur. Niech żaden wędkarz lub wyprowadzacz psów nie będzie wzięty za narkomana; niech żaden narkoman nie będzie wzięty za wyprowadzacza psów lub wędkarza. Niech wędkarze raz na jakiś czas wyprowadzają psy.

Niech będą dzieci i ludzie starzy, lecz mało tych, których zajęciem nie jest ani nadzieja, ani pamięć. Niech w pewnym momencie przyjedzie trochę imigrantów: tylu, żeby zapełnić sklepy całodobowe i restauracje z etnicznym jedzeniem, ale niech zostanie to zapomniane. Niech wszystkie dzieci będą w szkole, z oddechem wstrzymanym, wypuszczone o trzeciej po południu do parku. Niech rytm miasta nie będzie podawany w wątpliwość. Niech będę singlem: bez dzieci, bez krewnych. Niech nie pasuję.

Niech będzie akademia sztuk pięknych, gdzie studenci marzą o miastach, do których nie wyjeżdżają.

Niech sztuka dla starych ludzi będzie czymś kolorowym, a dla młodych czymś czarno-białym. Niech sztuka zawsze będzie czymś. Niech rzeczy kolorowe pojawiają się czasami w witrynach sklepów sprzedających ręcznie robione artykuły gospodarstwa domowego. Niech studenci akademii sztuk pięknych zapełniają czasem puste sklepy rzeczami czarno-białymi. Niech starzy ludzie podchodzą do witryn pustych sklepów i mrużą oczy i marszczą czoła.

Niech będzie kawiarnia przy sklepie z dopalaczami, gdzie lubią przesiadywać studenci akademii, i niech kupię sobie tam cygańską chustkę z frędzlami. Niech ten zakup oznacza, że mam artystyczne inklinacje.


Niech kawiarnia podaje niesmaczną kawę. Niech ma tylko wczorajsze wiadomości i lokalne gazety (niech mają miejsce drobne przestępstwa i niech wydarzające się raz na jakiś czas przestępstwa większego kalibru będą powodowane motywami natury osobistej: brakiem szczęścia małżeńskiego, nieszczęśliwym dzieciństwem). Niech siedzę w kawiarni i popijając niesmaczną kawę usłyszę pogłoskę, iż ktoś sławny miał przyjechać do miasta, lecz wizyta została odwołana. Niech ekspedientka za ladą potrząśnie głową, jej uręcznikowiona dłoń poruszająca się spiralnie wewnątrz uparcie poplamionej szklanki.

This story was first published in Fractals by Joanna Walsh (3:AM Press, 2013).



piątek, 27 grudnia 2013

Andrew Roe, „Złodziej wspomnień”

Wtedy Duncan postanowił ukraść Sarze wspomnienia.

Wiedział, jak to się robi, chociaż nie wiedział, jak, kiedy ani dlaczego tę umiejętność, zdobył, w każdym razie mógł to zrobić, kiedy tylko chciał - po prostu życzył sobie tego i to się działo.

Z początku stosował to głównie wobec swoich byłych dziewczyn, dawnych nauczycieli, pozerów, ludzi, którymi generalnie pogardzał. Kradł ich wspomnienia i stawały się one jego wspomnieniami, żył ich przeszłym życiem i było to zdumiewające i smutne i popieprzone. Ostatnio jednak robił to również ludziom, których lubił, nawet kochał, którzy mieli niedobre wspomnienia i chcieli zerwać z przeszłością, nawet jeżeli sami o tym nie wiedzieli. Duncan zdawał sobie sprawę, że wiąże się to z wielką odpowiedzialnością. Miał dwadzieścia dziewięć lat, był niepewny siebie i chciał stać się lepszym człowiekiem.

- Właśnie coś zrobiłem – powiedział Sarze.

Leżeli w łóżku, ona była wciąż zaspana, ciepła, nie do końca przytomna i zadowolona. Wiedział, że dzieciństwie doświadczyła braku troski i wiele złego. Wszystko to można było wymazać. Wszystko to mogło zniknąć i stać się częścią jego, nie jej.

- Co takiego? – zapytała.

- Ukradłem twoje wspomnienia.

- Naprawdę, kochanie? Dlaczego? Która godzina?

- Spróbuj sobie coś przypomnieć. Po prostu spróbuj. Coś z dzieciństwa.

- Dobrze.

Spojrzał na nią i wiedział, że znowu się udało: zmarszczka na jej czole, przekrzywienie ust, mówiące mu, że szuka, szuka i nie może znaleźć.

- Masz kucyki – powiedział. – Idziesz szkolnym korytarzem, jakiś dzieciak podstawia ci nogę, przewracasz się, wszyscy się śmieją, i jest to zadra, która pozostanie w tobie na całe lata, znacząco wpływając na twoje postrzeganie świata i ludzi. Potem, gdy wracasz do domu z obtartymi kolanami i podartą sukienką, dostajesz lanie. Próbujesz uciec do swego pokoju i zamknąć się w środku, ale bez powodzenia. Łzy palą cię w policzki jak ogień.

Sara usiadła. Była zupełnie przebudzona, oczy nagle jej rozbłysły.

- Nie pamiętam tego – powiedziała.

- Teraz to już moje wspomnienia – powiedział, obserwując światło bijące z jej oczu, przyglądając się jej twarzy, gdy szukała w myślach tego, co było utracone na zawsze i już nigdy nie mogło być odzyskane.

Originally published by Atticus Review.