sobota, 4 stycznia 2014

Joanna Walsh, „A potem...”

Dla Emily Dickinson

NIECH BĘDZIE JESIEŃ

Niech będzie inne miasto. Niech domy będą niskie, przeciętne, trochę starych i trochę nowych. Niech gabinet lekarski mieści się w bocznej uliczce, w nowym bliźniaku z jasnej cegły z okrągłym oknem i podwójnymi drzwiami i pomalowanymi na jaskrawy kolor metalowymi poręczami, by wchodzący pacjenci mieli się czego chwycić.

Niech filie sieciowych sklepów na głównej ulicy będą za małe, by pomieścić cały asortyment towarów. Niech ich obroty zaniżają sklepy organizacji charytatywnych sprzedające używane produkty dobrej jakości. Niech będą inne sklepy oferujące rzeczy nieużyteczne: rzemiosło; drogie ubranka dziecięce; spłowiałe kartki świąteczne; ręcznie robione artykuły gospodarstwa domowego. Niech te sklepy będą puste, a ich kierowniczkami niech będą stare kobiety stojące w drzwiach i wypatrujące idealnego klienta. Niech moda będzie czymś, o czym słyszy się skądinąd.

Niech będą zaułki dla rowerów obrośniętych ciernistymi krzewami, z puszkami po cydrze w rowach. Niech te zaułki będą skrótami, lecz niech nikt nie kwestionuje sensu posiadania samochodów. Niech te skróty biegną na tyłach ogródków działkowych i supermarketów i zbudowanych z pustaka szkół przy obwodnicy. Niech biegną pod obwodnicą. Niech używają ich wyprowadzacze psów, a także wędkarze i narkomani. Niech te skróty będą puste, kiedy dzieci są w szkole, za wyjątkiem jednego czy drugiego wyprowadzacza psów, wędkarza czy narkomana. Niech każdy nosi odpowiedni mundur. Niech żaden wędkarz lub wyprowadzacz psów nie będzie wzięty za narkomana; niech żaden narkoman nie będzie wzięty za wyprowadzacza psów lub wędkarza. Niech wędkarze raz na jakiś czas wyprowadzają psy.

Niech będą dzieci i ludzie starzy, lecz mało tych, których zajęciem nie jest ani nadzieja, ani pamięć. Niech w pewnym momencie przyjedzie trochę imigrantów: tylu, żeby zapełnić sklepy całodobowe i restauracje z etnicznym jedzeniem, ale niech zostanie to zapomniane. Niech wszystkie dzieci będą w szkole, z oddechem wstrzymanym, wypuszczone o trzeciej po południu do parku. Niech rytm miasta nie będzie podawany w wątpliwość. Niech będę singlem: bez dzieci, bez krewnych. Niech nie pasuję.

Niech będzie akademia sztuk pięknych, gdzie studenci marzą o miastach, do których nie wyjeżdżają.

Niech sztuka dla starych ludzi będzie czymś kolorowym, a dla młodych czymś czarno-białym. Niech sztuka zawsze będzie czymś. Niech rzeczy kolorowe pojawiają się czasami w witrynach sklepów sprzedających ręcznie robione artykuły gospodarstwa domowego. Niech studenci akademii sztuk pięknych zapełniają czasem puste sklepy rzeczami czarno-białymi. Niech starzy ludzie podchodzą do witryn pustych sklepów i mrużą oczy i marszczą czoła.

Niech będzie kawiarnia przy sklepie z dopalaczami, gdzie lubią przesiadywać studenci akademii, i niech kupię sobie tam cygańską chustkę z frędzlami. Niech ten zakup oznacza, że mam artystyczne inklinacje.


Niech kawiarnia podaje niesmaczną kawę. Niech ma tylko wczorajsze wiadomości i lokalne gazety (niech mają miejsce drobne przestępstwa i niech wydarzające się raz na jakiś czas przestępstwa większego kalibru będą powodowane motywami natury osobistej: brakiem szczęścia małżeńskiego, nieszczęśliwym dzieciństwem). Niech siedzę w kawiarni i popijając niesmaczną kawę usłyszę pogłoskę, iż ktoś sławny miał przyjechać do miasta, lecz wizyta została odwołana. Niech ekspedientka za ladą potrząśnie głową, jej uręcznikowiona dłoń poruszająca się spiralnie wewnątrz uparcie poplamionej szklanki.

This story was first published in Fractals by Joanna Walsh (3:AM Press, 2013).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz