czwartek, 26 grudnia 2013

Luke Thompson, „Strach na wróble”

Zaangażowaliśmy stracha na wróble. Nazywa się Yincent. Siostra znalazła ogłoszenie w „Cambrian News” i zapytała: - Czy to naprawdę? – więc zadzwoniłem, żeby sprawdzić. Spotkaliśmy się po południu i wieczorem zadzwoniłem ponownie, by powiedzieć mu, że dostał tę robotę. To było w niedzielę. Pokazałem mu pole i wyglądaliśmy przez kuchenne okno, żeby zobaczył ptaki, które ma odstraszać. Słuchał wszystkiego cierpliwie, ale widziałem, że trzęsą mu się ręce. – Denerwujesz się? – zapytałem. Odparł, że cierpi na drżenie samoistne i pewnie za dużo pije, ale że drgawki pomagają mu w pracy. – Dzięki temu wyglądam realistycznie – powiedział. Codziennie przed świtem wypuszczam kota i widzę Yincenta, jak się przygotowuje. Myślę, że miło, że tam jest, i macham do niego, a on macha do mnie.

Originally published here.


Hannah Sloane, „Żony”

- Odwożą dzieci do domu, pędzą na siłownię, a potem spotykają się na lunchu. A we wtorki i czwartki spotykają się na lunchu właśnie tutaj.

Ben słyszy pierwszego dnia w pracy. Obserwuje swoje wprowadzenie w obowiązki z dziwną obojętnością pośród wysokich, lustrzanych ścian, gdzie młody chłopak stoi sztywno w czarno-białym uniformie, przypominając skamieniałego pingwina. Kelner, Argentyńczyk imieniem Gaston, mówi z silnym akcentem, który Ben z trudem rozumie, co go dodatkowo onieśmiela. Gdy Gaston odchodzi, jedyne, co Ben zapamiętuje, to coś o żonach dających sute napiwki. Myśl ta tłucze mu się po głowie przez całe dnie, nie chcąc odejść, niczym niesforny kosmyk włosów, którego nie da się przyczesać.

Noszą ciekawe buty. To pierwsze, co zauważa. Niemożliwie szeroka gama, z breloczkami i klamerkami, brokatem i cekinami. Buty, które dzwonią jak bransoletki na kościstym nadgarstku, buty z rzemykami w kwieciste wzory, owijającymi się wokół łydek i więżącymi je w dusznym uścisku, przeczące prawom fizyki buty na niebezpiecznie wysokim obcasie, wynoszące właścicielki na nowe wyżyny, niczym biustonosz typu push-up.

Suną bez wysiłku, jakby cała restauracja była wybiegiem mediolańskiego pokazu mody. Wszystkie poza tą grubą, zauważa Ben, której łydki nie robią się szczuplejsze, a stopy węższe dzięki butom na szpilkach. Ma taką minę, jakby pokonywała tor przeszkód, gdy lawiruje niezgrabnie pomiędzy ciężkimi stolikami przykrytymi białym obrusem.

To jedna z najstarszych restauracji w mieście. Miejscowi nazywają ją „zakładem”, co oznacza, że jest droga. Zielona sałata kosztuje dwadzieścia sześć dolarów. Żony prawie nie tykają jedzenia, które zamówiły, ale piją. Sącząc Chardonnay i Pinot, Rioję i Merlot, omawiają wady i zalety osobistych trenerów, plany wakacyjne, plotkują o stylistach. Rozmawiają o tym, czy dla ciała lepsza jest joga czy gimnastyka pilates. Rozmawiają o pomocach domowych – nianiach i sprzątaczkach, szoferach i ogrodnikach. Rozmawiają o swoich wspaniałych dzieciach – jak bardzo są fotogeniczne, zabawne, nad wiek rozwinięte! Rozmawiają też o swoich mężach, głosami czarującymi, wylewnymi, delirycznymi falsetami, z których sączy się fałsz. – Ich mężowie razem pracują, więc są najlepszymi przyjaciółkami na zawsze – informuje go Gaston niskim, beznamiętnym głosem pełnym pogardy.

Rywalizują ze sobą. Z trudem ukrywają rozbawienie, gdy którejś rozmaże się szminka albo tusz do rzęs. Noszą obcisłe stroje mające podkreślać, jak sumiennie ćwiczą na siłowni – cienkie czarne topy, skórzane spódniczki, przylegające do ciała sukienki. Ben skupia się na tych detalach, ale przede wszystkim na ich butach; są tak okropne, tak groteskowe, tak koszmarnie niestosowne jako element codziennego ubioru.

Popełnia omyłki. Kiedy proszą o wodę mineralną i mrugają do niego znacząco, on przynosi samą wodę, a one narzekają. Następnym razem kładzie bułeczki na ich talerzy bez pytania.

- Zmuszasz nas do jedzenia węglowodanów? – krzyczy jedna.

Ben czerwieni się gwałtownie. Nie może oderwać wzroku od jej wysokich brwi, wydepilowanych niemal do zera i pociągniętych czarną kredką.

Lecz najgorsza jest trzecia pomyłka. Wychodząc z kuchni przez wahadłowe drzwi, wpada na jedną z nich. Ona wydaje głośny pisk i traci (chwiejną już) równowagę.

- Przepraszam, nie zauważyłem pani.

- Przyglądasz się nam od pierwszego dnia – mówi, śmiejąc się bezgłośnie, lecz intensywnie niczym pensjonarka.

Poznaje ją. Pija Sancerre, jeździ czerwonym mercedesem, a na imię ma bodajże Gloria. Wzrok ma szklisty, błyszczący. Pachnie intensywnie winogronami, całymi czterema kieliszkami. Stoi irytująco blisko. Ben jest w stanie policzyć zmarszczki na jej czole, tylko częściowo pokryte pudrem, które nadaje jej cerze pomarańczowy odcień.

- Ile masz lat?

- Siedemnaście.

Szepce słowa, których on nie słyszy, albo nie jest w stanie pojąć, a kiedy jej usta dokonują zuchwałych eksploracji, on stoi nieruchomy, przestraszony. Jest świadom, że w ustach zbiera mu się ślina, z którą nie ma co zrobić, świadom krótkich, płytkich oddechów, kroków. Podnosi wzrok. Gaston przygląda mu się, kiwając głową z uznaniem.

- Proszę, nie – wydusza z siebie.

Ale jej dłonie nie słuchają. Penetrują miejsca, których nie powinny. Wyczuwa jej nagłe zdziwienie, gdy natrafiają na teren płaski jak Ohio. Ona cofa się o krok i przygląda mu się uważnie, obserwując jego płonące policzki i szkarłatne uszy.

- Gdybyś był moim synem, wydziedziczyłabym cię. To nienaturalne.

Ben wydaje z siebie niezrozumiałe chrząknięcie. Wbija wzrok w grubą niebieską wykładzinę dywanową, szukając okruszka czy plamy, jakby od tego miała zależeć liczba punktów, jaką zdobędzie w grze, którą właśnie wymyślił.

- Ty jesteś nienaturalny – mówi ona.

Odchodzi, lecz jad jej słów zostaje, a w jego wnętrzu narasta łaskoczące poczucie wstydu i upokorzenia. Ma zaledwie niejasne przeczucie rozpościerającej się przed nim mrocznej ścieżki, na którą dopiero co wstąpił, bowiem ta chwila powtórzy się jeszcze wielokrotnie, i tylko natężenie brzydoty i zhańbienia będzie się zmieniać.


Poczucie wstydu potęguje się, aż go zaślepia, niczym słona woda zalewająca mu oczy. Mrugając boleśnie patrzy, jak ona odchodzi, a beżowe frędzelki jej pantofli huśtają się miarowo, niemalże dotykając podłogi, gdzie leżą drobinki kurzu, prawie jej dotykając, ale nie do końca.

Originally published by Fwriction: Review.

środa, 25 grudnia 2013

Amanda Daly, "Marianna, co zjada owady"

Marianna zbiera owady, nie w znaczeniu entomologicznym, lecz w znaczeniu wsadzić-je-do-słoika-a-potem-zjeść, co wprawia w zakłopotanie innych, a w każdy razie wprawiało, bo teraz Marianna uważa już, by nie spożywać tych drobnych stworzeń w towarzystwie. Ostatnio jej uwaga skupia się na dwóch konkretnych rodzinach owadzich: biedronkowatych, z tego prostego powodu, że kiedyś usłyszała – gotowa jest przysiąc – że biedronka jest jednym z symboli świętej Marianny i chociaż nie wie, czy to prawda, to chce w to wierzyć, oraz świetlikowatych, a to wyłącznie ze względu na obecność w ich ciele enzymu zwanego lucyferazą, odpowiedzialnego za świecenie.

Marianna spaceruje po skraju tropikalnej dżungli, gdzie świetliki są doskonale widoczne. Nie jest jednak tak, że chwyta wszystko, co jej się pod rękę nawinie, nie jest to bowiem sprawa aż tak pilna, by pozbawiała ją wszelkiego szacunku dla ofiar. Nie łapie na chybił trafił i nie pakuje sobie do ust tego, co akurat przelatuje.

W zamian Marianna napawa się widokiem migoczących wokół niej tysięcy gwiazd i wyobraża sobie, że jest w kosmosie, pośród tysięcy słońc, i czuje się jak Bóg, bo jest większa od słońc, a one jej nie palą, i to ona decyduje o losie wszechświata pojedynczej istotki w danym momencie, tak jak teraz, albo teraz, albo... teraz. Ma przygotowany słój, siedzi po turecku na trawie, boso, żeby mieć kontakt z ziemią, i zostanie tutaj przez blisko godzinę, wdychając na cztery i wydychając na osiem. Czasem mruczy pod nosem „om”, jednak przez większość czasu milczy i jest spokojna.

Raz na jakiś czas owad podleci i usiądzie jej na ramieniu, drepcząc powoli. Będzie rozjarzał się i gasł w rytm jej oddechu, a kiedy nadejdzie odpowiedni moment, a moment jest odpowiedni, gdy Marianna i jej więzień zdają się osiągać rodzaj porozumienia na temat tego, co ma nastąpić, co poznaje się po tym, że owad kapituluje – nie porusza się, udaje martwego – wtedy może zostać zjedzony albo umieszczony w szklanym domku, kuszącym go perspektywą powietrza i przestrzeni do latania.

Marianna chce czuć, że żyje; pragnie tej bioluminescencji. Chce, by blask bił z jej źrenic i czubków palców i pępka, i by przechodził na innych, po to by lepiej dostrzegać ich ciemne strony. To dla tego światła Marianna je zjada: by napełniać swe wnętrze tym zimnym blaskiem i – być może – przeistoczyć się w coś wyjątkowego. I wiecie co? To działa – wcale nie kłamię – to działa do tego stopnia, że kiedy Marianna łapie robaczka świętojańskiego, przedstawiciela rodziny Lampyridae, z jej oczu bije łuna.

Z początku wydyma policzki, bo wcale nie chce połknąć owada, chce, żeby ten w niej latał. Dopiero gdy ofiara opadnie z sił, połyka go w całości, razem z lucyferazą i wszystkim, wiedząc, że przeżuwanie zniszczyłoby delikatne organy odpowiedzialne za produkcję upragnionego światła.

Bezalel Stern, "X-Meni"

Matt McGuire stał sobie przy wysypisku odpadów radioaktywnych. Nie zauważył znaków ostrzegających o obecności silnie trującej substancji o nieznanych skutkach krótko- i długoterminowych. Kiedy dźwig przenoszący rzadką i toksyczną mieszaninę chemikaliów niechcący upuścił nad nim swój ładunek, jasnozielona galareta wylała się prosto na Matta. Jednak nie sprawiło to, że zyskał nadludzkie zdolności. Nie. Wbrew powszechnym oczekiwaniom zmarł na raka w szpitalnym łóżku niecałe pół roku później.

Sam Speedway był z wycieczką szkolną w laboratorium w Columbii. Przeprowadzano tam eksperymenty na owadach. W ramach jednego z nich – Sam odłączył się od reszty grupy, by go obejrzeć – naukowcy zmutowali geny pająka, by zwielokrotnić siłę jego kończyn i szczęk. Podczas gdy Sam obserwował pająka uwięzionego w szklanej klatce, ten nabrał rozpędu i przebił czułkami szkło. Zanim Sam zdążył cokolwiek zrobić, pająk ukąsił go. Jednak Sam nie zyskał ponadludzkich zdolności, nie poczuł w sobie pajęczej mocy. Nie. W ostatniej chwili, zanim ustały wszelkie doznania, poczuł ciepło, gdy jad pająka rozchodził się po jego ciele. Umarł w ciągu kilku minut.

Bruce Banner był bogatym chłopcem, którego rodzice pewnego wieczora zabrali do teatru. Przed teatrem, na jego oczach, rodzice zostali napadnięci i zabici. Bruce poprzysiągł zemstę. Następnego wieczora wyszedł na ulicę, gotowy stawić czoła złu, które czaiło się w mroku. Znaleziono go rano, zmasakrowanego, z wizerunkiem lecącego nietoperza wyrzezanym na nieruchomej już piersi.

Xavier Pierce wierzył, że potrafi czytać w myślach. Po prostu taki się urodził. W wieku zaledwie siedemnastu lat zamknięto go w zakładzie psychiatrycznym, gdzie po dziewięciu samotnych latach zmarł z powodu ran, które sam sobie zadał.


Tony Tenner pracował na nocną zmianę w fabryce leków, kiedy awaria urządzenia spowodowała wybuch. Ze względu na fakt, że znajdował się wtedy superbezpiecznej, ściśle tajnej części zakładu, Tony nie zginął. Jednak gdy tylko ją opuścił, opary chemiczne uwolnione przez eksplozję wypełniły jego płuca, sprawiając, że na kilka chwil przed śmiercią poczuł wielką, potężną moc.

Originally published by Fwriction: Review.

Mike McCormick, "Urodziny"

Tata szedł przez świeżo skoszony trawnik niosąc tacę z grillowanymi kiełbaskami, kiedy nagle jego kolana zesztywniały, a z nosa buchnął czarny dym. Pochylił się do przodu i broda opadła mu na piersi, podczas gdy z otwartych ust wciąż buchały kłęby czarnego dymu. Rozległ się głośny huk i krzyk dziecka, a tata padł na ziemię twarzą w dół, z łokciami wycelowanymi w niebo i z ciałem wciąż ułożonym w pozycji człowieka niosącego tacę z kiełbaskami.

Mama zagoniła wrzeszczące dzieciaki do kuchni i zadzwoniła po wujka Steve’a, który zjawił się w ciągu dziesięciu minut. W międzyczasie zdążyła wcisnąć czerwone świeczki w tort i zaintonować wesołe „Sto lat”, którego dźwięki mieszały się z hukami dochodzącymi z ogrodu.

Przyszedł wujek Steve i rękami nałożył sobie kawałek waniliowego tortu. Uściskał mamę, a potem nachylił się i życzył mi wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

- Pomożesz mi z tatą? – zapytał.

Mama uśmiechnęła się i powiesiła tekturowego osiołka na drzwiach spiżarni. Wujek Steve przytrzymał tylne drzwi i wyszedłem na zewnątrz.

Tata wciąż dymił, gdy się doń zbliżyliśmy. Raz na jakiś czas nad jego głową strzelała iskra. Wujek Steve podał mi do potrzymania metalowe pudełko i pochylił się, by zajrzeć tacie do ucha.

- Czy powinniśmy go dotykać? – zapytałem.

- Będziemy musieli – odparł.

Wziął się do roboty, używając śrubokręta, kombinerek i innych narzędzi, których nigdy wcześniej nie widziałem. To były dopiero moje dziesiąte urodziny. Nie znałem się za bardzo na narzędziach. Wujka Steve’a też zbyt dobrze nie znałem, tyle że podejrzewałem, że umie czytać w myślach.

Stukał i pukał przez dłuższą chwilę, ciągnąc tatę za ręce i operując kluczem pod pachą. Potem wsunął tacie do gardła niewielki instrument. Umieścił palec między jego zębami, macając w poszukiwaniu czegoś. Potem pociągnął i usłyszeliśmy głośny szczęk.

- Aha! – powiedział.

Tata już nie dymił. Wujek Steve postukał go w kark, nasłuchując. Powietrze wokół nas zaczynało się przejaśniać. Słyszałem śmiechy dobiegające z wnętrza domu.

- Z tatą będzie wszystko w porządku, Nate – powiedział wujek Steve.

- Co mu się stało? – zapytałem.

- Po prostu się przegrzał. Według mnie zapomniał dziś rano dolać płynu chłodniczego.

Włączył malutką latarkę i zaświecił nią tacie w dziurkę od nosa. Mówiąc działał dalej.

- Posłuchaj, Nate. Domyślam się, że nigdy dotąd nie widziałeś taty w takim stanie. Ale nie przejmuj się. Za minutkę skończę i tata będzie jak nowy. Wiesz, dlaczego go tak reperuję? Bo on zrobiłby to samo dla mnie i robił to już w przeszłości.

- Dlaczego nie zawieziemy go do lekarza? – zapytałem.

- Niektórzy ludzie idą do lekarza, a niektóre samochody jadą do warsztatu, tak? Czasem jednak trzeba zabrać samochód do lekarza, a człowieka do warsztatu. Rozumiesz?

Nie rozumiałem za bardzo, więc zająłem się zbieraniem porozrzucanych kiełbasek, żeby się na coś przydać.

- Przykro mi, chłopcze, widzę że nie wyrażam się jasno. Jak by to powiedzieć? Gdyby większość ludzi na świecie – twoją mamę, babcię, ciebie – rozebrać na części, zdjąć z nich wierzchnie warstwy, zostałyby nam w rękach mięśnie, nerwy, włókna i tak dalej, zgadza się? Uczyłeś się w szkole o mięśniach?

Skinąłem głową.

- Cóż, są ludzie, którzy są zbudowani inaczej. Gdyby ściągnąć ich powłokę, w środku znaleźlibyśmy liście, korzenie i korę, wiesz? Inni składają się tylko z wody morskiej i wodorostów, jeżeli jesteś w stanie sobie to wyobrazić. A jeszcze inni – tacy jak twój tata i ja – są jakby bardziej mechaniczni.

- Okej – powiedziałem.

- Już prawie skończyłem. Wiesz co, pozbieraj może resztę tych kiełbasek i wyrzuć je. Upieczemy nowe, gdy tylko się z tym uwinę.

Wszedłem do domu i wyrzuciłem kiełbaski do kosza. Mama uśmiechnęła się i objęła mnie. Dzieciaki bawiły się w chowanego, biegając po pokojach z opaskami na oczach. Chyba zdążyły już zapomnieć o dymiącym mężczyźnie w ogrodzie.

Po kilku minutach przestałem się z nimi bawić. Podszedłem do kuchennego okna i wyjrzałem na zewnątrz. Wujek Steve i tata stali przy starym czerwonym grillu, popijając napoje i śmiejąc się. Tata spostrzegł mnie i pomachał do mnie w słońcu.


Odmachałem do niego i wujka Steve’a. Opuściłem ramię, a pod pachą coś mi cichutko szczęknęło.

Originally published by Flash Fiction Online.

Sarah Grey, „Przewodnik socjofobki po wystroju wnętrz”

Oto prawdziwa ja: jestem pokrewna fotelom i przypodłogowym listwom i zmyślnemu oświetleniu. Zlewam się z otoczeniem.

Dzisiaj jestem tapetą, intensywnie czerwoną z czarnym wolutowym wzorkiem. Jestem pogrążona w ciemnościach, jeżeli nie liczyć pojedynczej lampki na prawo ode mnie. Jestem najdalszym kątem snobistycznej tawerny na zachodnim krańcu miasta, w której najlepszą whisky wciąż podaje się w szklaneczkach z rżniętego kryształu.

Ona siedzi przy barze na stołku o mosiężnej nodze. Stopy jej dyndają, jakby była dzieckiem na huśtawce. Ma na sobie wełniany płaszcz koloru popiołu z papierosa i popija koktajl, bawiąc się papierową parasolką. Paski jej szala kołyszą się, błękity i zielenie wijące się niczym płynący po kamieniach strumień. Szal jest niewątpliwie ręcznie robiony na drutach; być może to prezent od ukochanej osoby.

Jeżeli spogląda w moją stronę, to tylko po to, by podziwiać wystrój – olejne pejzaże w zdobnych ramach, antyczne sofy tapicerowane skórą. Jeżeli obok mnie przechodzi, jeżeli jej szal muska czubki moich palców, to tylko dlatego, że stoję pomiędzy nią i wykładanymi marmurem łazienkami.

Pachnie wiśniami. Ja pachnę klejem do tapet i dymem.

#

Późnym wieczorem, gdy bar zapełnia się piątkowymi balangowiczami w szytych na miarę garniturach, ona siada na sofie koło mnie. Nasze ramiona stykają się lekko, niczym para ciepłych jajek w gnieździe.

To znaczy, gdybym miała ramiona. A nie mam. Jestem wiekową skórzaną tapicerką, orzechowej barwy, wypolerowaną na gładko. Jestem mosiężnymi zasuwami i zapachem rozlanego ginu. Jestem ładnie utrzymanym fikusem na okrągłym stoliku pod ścianą. Nie jestem niczym innym.

- Jak się nazywasz? – pyta.

Patrzy na mnie, na moje oczy, przez tapicerkę, przez liście.

Nie mam wyjścia, muszę odpowiedzieć. Wstrzymuję oddech. Nie mam oddechu.

Nie mogę jej powiedzieć. Jestem oprawą. Nie mam imienia, w każdym razie takiego, które się liczy, które nie jest niezwyczajne, które nie jest całkowicie do zapomnienia. Nie mam domu pod miastem, kariery, pręgowanego kota, ani mieszkania trzy ulice stąd na południe. Nie mam żadnych interesów, żadnych historii do opowiedzenia – nic, co sprawiłoby, że zalśnią jej oczy, że pospieszy do baru po kolejnego drinka, albo wyjdzie zawołać taksówkę.

Zanurzam się głębiej, błagając tapicerkę, by przytuliła mnie mocniej, ale ta odmawia. Otwieram usta. Mój oddech pachnie skwaśniałym martini i pastą do mebli.

Odpowiada jej mężczyzna w srebrnym krawacie i nagle zdaję sobie sprawę, że ona nie rozmawia ze mną – od początku. W końcu jestem tylko nieożywionym przedmiotem.

- Matteo – mówi. – To włoskie imię.

Ona śmieje się głośno. – Jak sexy! – mówi mu.

Nagle presja ich głosów staje się zbyt wielka. Wstaję, by odejść. Sofa puszcza mnie, przekazując delikatnie tapecie z wolutowym wzorkiem. Jestem deszczułkami parkietu, mosiężnymi kinkietami. Jestem witrażowymi oknami i szklankami plamiącymi kontuar z wiśniowego drewna.

Jestem otoczeniem. Wystrojem. Nie jestem postacią w jej opowieści.

#

Mój terapeuta pożyczył mi kiedyś książkę: Poradnik socjopaty: jak znaleźć miłość. Pełno w niej było małych trywialnych kłamstw w rodzaju „Nikt nie jest w stanie oprzeć się twojej prawdziwej istocie”.

Moja prawdziwa istota. Nie jestem Matteo. Nie jestem natarczywa ani ekscytująca. Jestem częścią wystroju. Czy ktoś mógłby uznać, że nie sposób się oprzeć tapecie? Czy ktokolwiek zakochuje się w zasłonach albo czuje przypływ pożądania na widok ze smakiem urządzonego restauracyjnego boksu?

Nikt nie pisze książek w rodzaju Poradnik arachnofoba: jak karmić pająki albo Poradnik akrofoba: jak spadać z dachów. Teraz rozumiem dlaczego. Tacy ludzie mogą polegać na uczuciach, na dobrych słowach, by zwalczać swoje lęki. Są ludźmi; mają innych, którzy ich pokochają, podniosą ich, gdy upadną.

Ja mam tylko meble.

#

Dzisiaj wieczorem jestem roztrzaskaną cegłą. Starą gumą do żucia rozdeptaną na chodniku. Neonem reklamy piwa odbijającym się w kałuży zamarzniętego moczu.

Moja dłoń powiewa niczym podarta flaga, ale taksówki nie zatrzymują się.

Drzwi baru otwierają się za moimi plecami; piątkowi imprezowicze wychodzą parami i grupami. Słyszę śmiechy, dowcipy o miejscach, w których nigdy nie byłam, o książkach, których nigdy nie czytałam. Fałszujące głosy śpiewające przeboje z filmów, których nigdy nie widziałam. Ludzkie rozmowy; ludzkie uczucia. Czuję zapach wiśni.

Ona opiera się o moją roztrzaskaną cegłę, czubkiem buta odgarnia śnieg z mojego betonu. – Pytałam, jak masz na imię – mówi. – Wciąż chciałabym się dowiedzieć. – Uśmiech ma szeroki i łagodniejszy niż poszarpane brzegi szalika. Para wydobywająca się z jej ust mija o niewiele moje wargi. Jej ramię przyciska się do mojego.

Nazywam się szkarłatna tapeta albo marmurowa podłoga albo antyczna skórzana sofa.

Ona czeka. Cegły odpychają mnie, mimo że do nich lgnę; beton nie chce mnie już dłużej osłaniać.

Łapię oddech. Jest tak ciepły jak jej własny.


Gdy mówię jej, jak mam na imię, mój głos brzmi prawie po ludzku.

Originally published by Flash Fiction Online.

wtorek, 24 grudnia 2013

Alisa Alering, „Szczęśliwa liczba Keitha Crusta”

Keith myślał, że szuka nowej gitary. Mosiężny numer – 2281 – umieszczony nad drzwiami do lombardu Vic’s E-Z Pawn kazał mu wejść do środka. Keith ufał liczbom. Jeżeli dodało się 2+2+8+1, wychodziło trzynaście, co było liczbą szczęśliwą, bo tyle miał lat, kiedy zaczął.

Pchnął drzwi.

- Mogę pomóc? – Młoda dziewczyna siedziała na wysokim stołku, opierając o ladę nogi obute w kowbojki. Czytała książkę o Roswell, z okładki spoglądał kosmita o końskiej twarzy.

Keith rozejrzał się po sklepie, w którym tłoczyły się kije golfowe, wypchane łosie głowy i ślubne obrączki. Na ścianie z tyłu wisiała mandolina, elektryczny bas i – czyżby to był Gibson Les Paul z 1974 roku? Ach, szczęśliwa trzynastka.

- Gitary – powiedział na głos.

Dziewczyna wstała. Od stojącego na ladzie wentylatora zafalowała jej sukienka. Miała ładne kolana. Zdjęła dla niego gitarę. Keith przeciągnął dłonią po korpusie, trącił struny. To mógł być dzień, który wszystko zmieni.

Dziewczyna przyglądała mu się z bliska. – Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to nie gitary potrzebujesz.

Keith znieruchomiał. Dziewczyna pachniała brzoskwiniową mrożoną herbatą.

- A czego? – Podłączył gitarę do stojącego obok wzmacniacza i przeciągnął palcami po progach.

- Miłosnego napoju.

W głowie zabrzęczał mu alarmowy dzwonek. Tego mógł się spodziewać od kogoś, kto wierzy w kosmitów.

- Czy mam w sobie coś, co mówi: „zdesperowany frajer potrzebujący kobiety”? Chodzi o moje czarne dżinsy? Aurę samotności? – Odciągnął od piersi własnoręcznie zaprojektowaną, narysowaną i wydrukowaną koszulkę z logo Keith Crust and the Secretions i powąchał. – Nie, to tylko wczorajsze placki.

Zaśmiała się. – Mówię poważnie.

- Ja też – odparł, opierając gitarę na kolanie.

Uśmiechnęła się. Miała duże zęby. Była głupiutka, ale ujmująca. Spojrzał na zegarek. Siedemnaście po trzeciej. Razem jedenaście, czyli dwa. Nie był to zły czas, ale i nie dobry.

Dziewczyna zniknęła na zapleczu i po chwili wróciła z pudłem słoików i plastikowych kubków. Do butelki po soku wlała nieco dietetycznej Fanty, dodała szczyptę oregano i coś, co wyglądało jak nogi świerszcza.

Przesunęła butelkę w jego stronę. Nogi świerszcza chyba się rozpuściły.

- Czekaj – powiedziała. – O czymś zapomniałam. – Sięgnęła po butelkę i odwróciła się do niego plecami. Zakrętka odskoczyła z sykiem i coś brzęknęło o szkło. Spojrzała na niego, potrząsając butelką.

- Hej, mam nadzieję, że tam nie naplułaś?

Pokręciła przecząco głową. – Zawsze byłam ciekawa – powiedziała, raz jeszcze przesuwając butelkę w jego stronę po ladzie. – Czy naprawdę tak się nazywasz?

- Co takiego?

Wskazała na jego koszulkę. – Jesteś Keith Crust, prawda? To twoje prawdziwe nazwisko?

Odkręcił zakrętkę i zakołysał butelką, zaglądając do środka. – Wygląda jak mrożona herbata.

- Być może – odparła.

Upił łyk. Smakowało jak mrożona herbata. Był spragniony, więc wypił do końca.

- Pewnie tylko moja matka kiedykolwiek się dowie – rzekł. – Ile kosztuje Les Paul?

- Byłoby super, gdybyś naprawdę się tak nazywał. To by oznaczało, że takie było twoje przeznaczenie. Że nie miałeś innego wyboru niż nurzać się w świńskiej krwi i udawać, że dymasz basistę odśnieżarką. Tamten koncert w klubie Swamp był genialny.

Rozpoczął życie jako Keith Crust w wieku trzynastu lat, kiedy tak się podpisał na zeszycie do matematyki. Czuł, że takie jest jego przeznaczenie. Chciał zjadać robaki, brać narkotyki, ranić sobie ciało złamanym stojakiem od mikrofonu, niszczyć wszystko. Ale wciąż tu był.

- A ty jak się nazywasz? – zapytał. – Na końcu języka czuł smak jakby marynaty.

- Paula.

Była ładna. Może zaprosi ją na randkę. A może była tylko wariatką, która wierzy w UFO i pracuje w lombardzie. Liczby powiedzą mu prawdę. Mówiły mu, którą propozycję koncertu zaakceptować, kiedy wydać płytę, czy powinien zamówić kaczkę po pekińsku czy wieprzowinę po syczuańsku.

- Kiedy się urodziłaś? – zapytał.

- Obawiasz się, że jestem dla ciebie za młoda?

Na ściennym kalendarzu za jej plecami dobrze naoliwiona amazonka prężyła się na masce czerwonego Ferrari. Jezu, od kiedy to był rok 1987?

Poprosił o liczby, kiedy szef zaproponował mu przejście nas pełny etat. Lubił nawet pracować przy biurku. Przypominało mu to szkołę i rysowanie historii Keitha Crusta. Tyle że teraz rysował historię o tym, że odkurzacze czynią życie lepszym.

- Wiesz co? – powiedział. – Nieważne.

- Ale...

- Zapomnij.

- Dziewiąty...

- Nie. – Wyciągnął dłoń i zatkał jej usta. – Umówimy się?

- Jeżeli zabierzesz rękę, to się zastanowię. – Poczuł łaskotanie jej oddechu.

Opuścił dłoń.

- A gitara? – zapytała.

- Powiedziałaś, że jej nie potrzebuję.

- Kłamałam.

- Co takiego?

- Kłamałam. To nie był napój miłosny. To było serum prawdy. – Zwróciła się do wentylatora: - Teraz powiesz mi, jak się naprawdę nazywasz. – Głos miała wibrujący, niski i upiorny. Spojrzał ponownie na kalendarz. 1987. Czyli 10+15, co dawało dwadzieścia pięć, co dawało siedem, czyli nic.

- Krussmacher – powiedział. – Keith Krussmacher.


Wypchany łoś patrzył, jak Paula wywiesza tabliczkę „zamknięte” i zamyka drzwi. Keith przybliżył gitarę do wzmacniacza, sprawiając, że zabrumiła zwierzęcym piskiem. Nie ufał dziewczynie. Nie miał liczb, nie wiedział, czego się po niej spodziewać. Gdy postąpił ku niej, było to jak wyjście na scenę: głos skulony w gardle, serce walące w dłoniach, a potem wyskoczył w blask reflektorów i pozwolił, by jasny świat przeszył go na wylot.

Originally published by Flash Fiction Online.

Lia Mitchell, "Bonnie i Clyde"

Różnica między ostrzeżeniem i groźbą jest niewielka, a zależy – tak jak to rozumiem – od wyboru. To znaczy, kiedy stojąca nade mną dziewczyna mówi: „Nie ruszaj się albo rozwalę ci łeb”, to czy ona czuje, że ma wybór? Czy też zachodzi tu sytuacja przyczynowo-skutkowa: ja się poruszam, a ona pociąga za spust? Bo jeżeli tak, to ona daje mi ostrzeżenie. Ale jeżeli już zdecydowała, to wtedy jest to groźba. Mogłaby podjąć odwrotną decyzję, a wtedy mam szansę wrócić do domu z nieuszkodzoną czaszką.

Jest to stworzenie drobnokościste, wagi piórkowej, o twarzy osłoniętej i ciele ukrytym w czarnej bluzie z kapturem. Dzieciak, w gruncie rzeczy, o miękkiej, mlecznej skórze i długich rzęsach, ale wie, jak trzymać pistolet. Jej chłopak nie wie; wkroczył do mojego banku, jakby więcej ćwiczył przed lustrem niż na jakiejkolwiek strzelnicy, dzierżąc czterdziestkępiątkę luźno i bokiem, więc jego polecenia („Na kolana, ty lichwiarska gnido”) nie brzmiały zbyt przekonywająco. Potem zjawiła się ona, jej małe paluszki zaciśnięte na kolbie w prawidłowym oburęcznym chwycie, z lufą wycelowaną w środek mojego czoła, i tak znalazłem się na kolanach, modląc się w duchu.

On pilnuje kasjerów, a ona mnie, nie pozwalając oderwać się od podłogi moim kolanom i opaść ramionom z pachami mokrymi od chłodzonego klimatyzacją potu.

- Jak się nazywasz, słonko? – pytam niskim głosem.

Wpatruje się w moją czaszkę, jakbym nie miał oczu.

- Jasne, nie chcesz powiedzieć. W porządku. Ja jestem Roy. Będę cię nazywał Bonnie. Jak Bonnie i Clyde, znasz tę historię?

Żadnej reakcji.

- Widzisz, Bonnie to taka twarda, ładna dziewczyna, a ponieważ niezbyt podoba jej się mieszkanie z rodzicami, to ucieka z gościem imieniem Clyde. Wszystko wygląda fajnie, ale Clyde to niebezpieczna postać. Bonnie nie jest złą osobą, ale zostaje wplątana w całą historię i – muszę ci to powiedzieć – szczęśliwego zakończenia nie ma. Ten gość tutaj, nie wiem, co planuje, ale...

- Szybciej, kurwa! – wrzeszczy Clyde na łkającą Judy w kasie nr 2, a jego krzyk odbija się echem od marmurowej podłogi i pokrytych boazerią ścian.

- Możesz to jeszcze odwrócić, wiesz? Posłuchaj, Bonnie, mam w domu córeczkę. Julia. Ma dziesięć lat. Ty też masz tatę, prawda? On nauczył cię strzelać?

Clyde jest już przy następnej kasie. – Twoja kolej, suko – mówi do Marco.

- Może nie dogadujesz się ze swoim tatą, może poświęca ci za mało czasu,  jest za surowy albo jeszcze coś, ale wiesz przecież, że cię kocha. Tak jak ja kocham moją Julię. Ty też kochasz swojego tatę, prawda?

- Mojego tatę? – pyta Bonnie; ciska mi spojrzenie ciemnozłotych oczu o czarnych źrenicach. – To pieprzony pijak i zbok.

Ucieka momentalnie wzrokiem, ale nie na tyle szybko, bym nie domyślił się, jak to jest: światło z korytarza budzące tę ładną dziewczynę, zgarbione ramiona jej ojca i jego bełkotliwy głos: - Złotko, to był naprawdę ciężki dzień... – Potem gniotący ciężar i zapach whisky, łzy i niemoc, niczym koszmarny sen, serce i płuca wypełnione ołowiem, zduszony oddech.

Nie, ojcostwo to nie jest dla niej nic świętego.

Zamykam się, czekam w milczeniu, obserwuję, jak skupia się w sobie. Rosnące napięcie sprawia, że czuję ból między łopatkami i u podstawy kręgosłupa.


- No już, dziecino, zabierzmy Prosiaczka na przejażdżkę – woła Clyde. Spojrzenie Bonnie przesuwa się błyskawicznie w prawo, a jej głowa zaczyna się obracać. Wypatruję linii jej profilu, by rzucić się naprzód, pod pistoletem, chwycić ją w pół, obalić na ziemię i rozewrzeć jej palce, ale zanim zdążę to uczynić, och, widzę mrugnięcie jej długich powiek, zaskoczenie w jej bursztynowych oczach, i w tym ostatnim wybuchowym ułamku sekundy wiem, wiem, że jej słowa nie były groźbą, lecz ostrzeżeniem.

Originally published by Flash Fiction Online.

Rebecca Meacham, „Chłopiec, który spłonie"

Wystawa Światowa, Paryż, 1878 r.

Chłopiec, który spłonie, biegnie szerokimi ulicami, rozwiewając kobietom spódnice, gubiąc czapkę. Jeszcze nie stoi w ogniu. Teraz jest Królem Wiatru, chłopcem ze skrzydłami, latawcem. Matka krzyczy: - Arrête! – a on upada. Znajduje się przed krytymi strzechą chatami z namalowanym napisem „Les Aborigines!”. Mężczyźni ciskają wysoko w niebo ogniste patyki. Podrzucają je i chwytają stopami. Zataczają nimi koła i chłopiec, który spłonie, widzi unoszący się w powietrzu ognisty krąg. Krąg ognia jest okiem smoka. Oko mruga.

Chłopiec, który spłonie, widzi nagie ramiona i nogi. Ciskający ogniem mężczyźni mają skórę jak cukierek. Chłopiec, który spłonie, ma skórę jak śnieg. Matka gotuje cukier w garnku, miesza, aż zabulgoce. - Il pleut sur la dragon – mówi, lejąc śmietankę jak deszcz, a bulgocąca masa syczy i pryska. Unosi się para: oddech smoka. Cukier ciągnie się. Matka kręci esy-floresy, nabiera karmelu na patyczek, podaje mu do ust, czeka na jego pocałunek.

- Bonjour, Monsieur Dragon – mówi chłopiec, który spłonie, do mrugającego oka. Mijając kryte strzechą chaty podbiega do brązowoskórych mężczyzn. Ujmuje smocze płomienie w biel swych dłoni.


Lecz smok połyka go. Pomiędzy jego zębami chłopiec, który spłonie – płonący chłopiec – widzi Matkę nurkującą niczym sójka. Mężczyźni w cylindrach rozpościerają czarne skrzydła i okrywają go piórami. Płonący chłopiec krzyczy, krztusząc się, czepiając się chłodu głęboko w smoczym brzuchu. Skóra mu kipi, biała, czarna, czerwona jak kiełbasa. Nie potrwa to długo. Płonący chłopiec pragnie czubków matczynych palców. W całym wielkim świecie nie ma słodszej rzeczy.

Originally published by Wigleaf.

Aimee Bender, "Pamiętająca"

Mój kochanek przechodzi odwrotną ewolucję. Nikomu o tym nie mówię. Nie wiem, jak to się stało, wiem tylko, że jednego dnia był moim kochankiem, a następnego zamienił się w coś w rodzaju małpy. Minął miesiąc i teraz jest morskim żółwiem.

Trzymam go na blacie kuchennym, w rondlu wypełnionym słoną wodą.

- Ben – mówię do jego małej wystającej główki – rozumiesz mnie? – a on patrzy na mnie oczkami jak krople smoły, a ja płaczę do rondla, morze moich łez.

Codziennie traci milion lat. Nie znam się na tym, ale tam mniej więcej oceniam. Poszłam do starego nauczyciela biologii w pobliskim liceum i poprosiłam go o przybliżoną chronologię naszej ewolucji. Z początku był zirytowany – chciał, żebym mu zapłaciła. Powiedziałam, że z chęcią to zrobię, i trochę się rozchmurzył. Z trudem mogę odczytać jego chronologię, powinien był ją napisać na maszynie, a poza tym coś się tu nie zgadza. Według niego cały proces powinien potrwać około roku, ale sądząc po dotychczasowym tempie zmian, sądzę, że zostało nam mniej niż miesiąc.

Z początku ludzie dzwonili i pytali o Bena. Dlaczego nie ma go w pracy? Dlaczego nie zjawił się na spotkaniu z klientami? Zamówiona przezeń trudno dostępna książka o historii cywilizacji dotarła właśnie do księgarni, czy mógłby ją odebrać? Odpowiadałam, że jest chory na dziwną chorobę, i żeby więcej nie dzwonili. Co ciekawe, przestali dzwonić. Po tygodniu telefon zamilkł, a Ben-pawian siedział w kącie przy oknie owinięty w firankę i rozmawiał sam ze sobą.

Ostatniego dnia, kiedy widziałam go jako człowieka, było mu smutno z powodu świata.

Nie było to nic niezwykłego. Zawsze było mu smutno z powodu świata. Był to jeden z głównych powodów, dla których go kochałam. Siedzieliśmy razem i byliśmy smutni i myśleliśmy o smutku, a czasem nawet o tym rozmawialiśmy.

Tego ostatniego dnia powiedział: - Annie, nie widzisz? Wszyscy robimy się zbyt inteligentni. Nasze mózgi są coraz większe, a świat usycha i umiera, kiedy jest za dużo myślenia, a za mało serca.

Spojrzał na mnie znacząco swoimi błękitnymi oczami. – Na przykład my, Annie – powiedział. – Myślimy o wiele za dużo.

Usiadłam. Przypomniałam sobie, jak, kochając się z nim pierwszy raz, zostawiłam zapalone światło, miałam oczy otwarte i za wszelką cenę próbowałam dać się ponieść; potem zauważyłam, że on też ma otwarte oczy i w połowie rozbierania się usiedliśmy na podłodze i odbyliśmy godzinną rozmowę na temat poezji. Było to bardzo dziwne. Było to bardzo znajome.

Innym razem obudził mnie w środku nocy, pomógł wstać z jasnoniebieskiej pościeli, zaprowadził na dwór i pokazując gwiazdy wyszeptał: – Patrz, Annie, nie ma tu miejsca na nic poza śnienie. – Słuchałam go, zaspana, a potem wróciłam do łóżka i stwierdziłam, że jestem rozbudzona i leżę gapiąc się w sufit, niezdolna śnić nic a nic. Ben od razu zasnął, ale ja wyszłam z powrotem na dwór. Próbowałam śnić do gwiazd, ale nie wiedziałam jak. Próbowałam znaleźć gwiazdę, do której nikt nigdy nie kierował jeszcze życzeń, i zastanawiałam się, co będzie, jeśli ją znajdę.

W ostatnim dniu swego człowieczeństwa Ben schował twarz w dłoniach i wzdychał, a ja stanęłam za nim i obcałowałam cały jego kark, pokryłam go pocałunkami, wypowiadając w duchu życzenia, bo wiedziałam, że żadna kobieta nie była nigdy tak dokładna, nigdy nie obcałowała każdego centymetra jego skóry. Okryłam go. Czego życzyłam? Żeby było dobrze. To wszystko. Po prostu dobrze. Moje życzenia uogólniły się już dawno, kiedy byłam jeszcze dzieckiem; szybko poznałam konsekwencje szczegółowych życzeń.

Wzięłam go w objęcia i kochałam się z nim, moim smutasem. Widzisz, nie myślimy, wyszeptałam mu do ucha, podczas gdy on całował moją szyję, wcale nie myślimy, a on przycisnął głowę do mojego ramienia i przytulił mnie mocniej. Potem znowu wyszliśmy na dwór; nie było księżyca i panowały ciemności. Powiedział, że nie znosi rozmawiać i że chce tylko patrzeć mi w oczy i w ten sposób się ze mną komunikować. Pozwoliłam mu na to i to, co było w jego wzroku, sprawiło, że dostałam gęsiej skórki. Potem powiedział mi, że z jakiegoś powodu chce spać na zewnątrz, i kiedy rano obudziłam się w łóżku, wyszłam na patio, a na podłodze leżała małpa, zasłaniając oczy przed blaskiem słońca wielkimi włochatymi łapami.

Jeszcze zanim zobaczyłam oczy, wiedziałam, że to on. Gdy znaleźliśmy się twarzą w twarz, posłał mi to samo smutne spojrzenie, a ja objęłam jego potężne ramiona. Z początku nawet się nie przejęłam; nie spanikowałam i nie zadzwoniłam po pogotowie. Siedziałam z nim na patio, gładząc sierść na grzbiecie jego dłoni. Kiedy sięgnął po mnie, powiedziałam głośno: „Nie”, a on, najwyraźniej zrozumiawszy, odsunął się. Mam tu pewne granice.

Siedzieliśmy razem na trawniku, skubiąc trawę. Z początku nie tęskniłam za Benem-człowiekiem; chciałam też poznać małpę, opiekować się moim kochankiem jak synem, jak domowym zwierzęciem; chciałam poznać go pod każdym możliwym względem, ale nie zdawałam sobie sprawy, że proces jest nieodwracalny.

Teraz wracam z pracy i rozglądam się za jego krokami i jego smuteczkami i zdaję sobie sprawę, raz za razem, że go nie ma. Przemierzam korytarze. Wyżuwam całe paczki gum w kilka minut. Pielęgnuję wspomnienia i robię wszystko, by nie zblakły, bo jeżeli jego nie ma, to moim obowiązkiem jest pamiętać. Myślę o tym, jak mnie obejmował i tulił tak mocno, że robiłam się nerwowa, i o tym, jak się czułam, kiedy dyszał mi do ucha: dobrze.

Kiedy idę do kuchni, zaglądam do rondla i widzę, że jest teraz czymś w rodzaju salamandry. Jest mały.

- Ben – szepcę – pamiętasz mnie? Pamiętasz?

Przewraca oczkami, a ja dodaję do wody parę kropel miodu. Uwielbiał miód. Zlizuje je i odpływa na drugi koniec rondla.

To jest granica moich granic: tu właśnie. Nigdy nie wie się na pewno, gdzie ona jest, a potem nagle człowiek zderza się z nią i to jest właśnie ten moment. Bo nie mogę się zmusić, żeby wpatrywać się w wodę i nie móc go odnaleźć, przyglądać się maleńkim falkom przez mikroskop i ujrzeć mojego kochanka, jednokomórkowy cud, wzdęty i ślepy, bezmózgi, łagodny, przezroczysty i mały, kierujący się, niczym pyłek w oku, prosto w nicość.

Stawiam go na fotelu obok kierowcy i wiozę na plażę. Idąc po piasku, kiwam głową ludziom leżącym na ręcznikach, wystawiającym ciało na słońce, życzącym sobie. Na krawędzi wody pochylam się i kładę rondel na grzbiecie malutkiej fali. Unosi się całkiem zgrabnie, kuchenna łódka, by znaleźć kogoś wyrzuconego na brzeg i by gotować kluski, szczęśliwe znalezisko dla jakiejś biednej duszy ze wszystkimi składnikami, ale bez pojemnika.

Ben-salamandra wypływa z rondla. Macham do niego obiema rękami, na tyle wielkimi, że na pewno zauważy, jeżeli obejrzy się za siebie.

Potem odwracam się i idę do samochodu.


Czasem myślę, że morze wyrzuci go na brzeg. Nagi mężczyzna o zdziwionym spojrzeniu, który cofnął się w czasie i wrócił. Przeglądam gazety. Pilnuję, żeby mój numer był w książce telefonicznej. Nocami chodzę dookoła bloku, na wypadek gdyby nie pamiętał, który to. Karmię ptaki i czasami, zanim położę się spać, obejmuję głowę dłońmi, by sprawdzić, czy rośnie, i zastanawiam się, co pożytecznego mogłoby ją wypełnić, gdyby tak było.

Originally published by The Missouri Review.

Ryan MacDonald, "Widoczne cechy organizmów"

W zoo osiągamy wiele rzeczy. Zwierzęta są zawsze nakarmione i zamknięte w klatkach. Wnętrza klatek są obficie spłukiwane wodą i zwiedzający wszystko dobrze widzą, mimo że zwierzęta przez większość czasu w ogóle się nie poruszają. Moja córka nie bardzo toleruje takie rzeczy. Ma cztery lata i ogólnie niski próg tolerancji. - Są takie smutne - mówi. - Nie są smutne – odpowiadam. - Może trochę tęsknią za domem, może czują się trochę samotne, ale nie są smutne. - Wczoraj wszedłem do klatki pingwinów. Śmierdziało w niej chlorem i niemytymi nogami, więc uchyliłem drzwi, by trochę się wywietrzyło. Pingwin przecisnął się przez szparę i wybiegł na ścieżkę. Był zbyt śliski, żeby dało się go złapać. Cisnąłem weń kamieniem, żeby nie wbiegł do klatki niedźwiedzi polarnych. Niestety chybiłem i znalazł się w środku. - Żeby zostać w całości pożartym! – powiedziałem triumfująco do wstrząśniętych gapiów, unosząc dłonie ku niebu dla lepszego efektu. Moja córka jest teraz w pomieszczeniu pracowniczym, gdzie bada sowie wypluwki. Wyciąga z nich maleńkie czaszki myszek. Chce zostać zoologiem. - Lubię badać sprawy z różnych punktów widzenia, tatusiu – mówi. Nie jestem za ani przeciw. Wolałbym jednak, żeby zainteresowała się botaniką, albo jazdą figurową na lodzie, czymś mniej odpychającym, ładniej pachnącym. Moja córka brzydko kuleje. Dlatego zostanie starą panną, myślę sobie. Moja córka, kulejąca pani zoolog. I tak nie przestanę jej kochać. Dzisiaj kupiliśmy sobie lody w budce przy wejściu do zoo. Patrzyłem, jak je, z nosem i policzkami umazanymi czekoladą. Ubrudziła się nawet na czole. To obrzydliwe, pomyślałem, i wytarłem jej twarz mokrą chusteczką. Potem zabrałem ją do oranżerii, by pokazać jej okazy flory. Szliśmy powoli alejkami, wyciągając ręce na boki, by spodem dłoni muskać wierzchołki roślin. Moja córka śpiewała idąc, coś o widocznych cechach organizmów o korzystnym fenotypie. Potem obserwowaliśmy urodziny małego nosorożca. Było to magiczne przeżycie, niewątpliwie, i trudne do zniesienia. Gdy samica nosorożca rodzi, drży na całym ciele, tak jak – założę się – drżą wszystkie matki, rodząc dziecko. Gdy było już po wszystkim, ułożyła się przy maleństwie, obwąchując je swymi wspaniałymi nozdrzami. Potem postawiła je na nogi za pomocą rogu. Zawsze chciałem być matką, choćby tylko po to, by drżeć, by czuć ciepło opuszczającej me ciało istoty. - To się nigdy nie zdarzy! – powiedziałem triumfująco do nosorożców w ich pachnącej sianem klatce.

Originally published by American Short Fiction.

Mark Budman, "Dla Ptaków"

W nocy, wstając po raz kolejny do łazienki, słyszysz szuranie w ścianach. Zrazu głośne i energiczne, potem wolniejsze i cichsze.

Niedobry ptak, niedobry. Dzięcioł wydziobał dziurę w ścianie twojego domu, a potem zagnieździł się tam inny ptak –oportunista niewątpliwie, intruz, skłoter.

Znajomy majster „złota rączka” zakleił dziurę cementem i zamalował. Był to zwalisty, łysy mężczyzna, z tatuażami i brzuchem piwosza. – Żaden dzięcioł się przez to nie przebije – powiedział.

Podobnie jak ten intruz, ze swoim miększym dziobem, próbujący wydostać się od wewnątrz. Umrze cholernik wkrótce na własnych jajkach. Dostanie nauczkę. Trzeba szanować prawa innych. Nie zadzierać z silniejszymi. Znać swoje miejsce.

- Nie sądzę, żeby tam był jakiś ptak – powiedział majster, kończąc zaklejać dziurę. – Jego partner albo partnerka nie dałaby mi spokoju. A nawet jeżeli jest, to nie będzie śmierdział. Jest za mały.

Pokiwałeś głową na zgodę.

Nawet gdyby krwawiło ci serce, co mógłbyś teraz zrobić? Nie mogłeś wezwać majstra, żeby w środku nocy wybił otwór. A sam się na tym nie znasz.


Rano szuranie cichnie. Majster miał rację. Nie śmierdzi. Oczywiście jest za wcześnie, żeby stwierdzić na pewno, ale masz przeczucie, że nie będzie śmierdziało. Ufasz swojej intuicji; musisz ufać czemuś, jeżeli nie komuś. Możesz wreszcie zasnąć, ale przewracasz się z boku na bok w wąskim, klaustrofobicznym łóżku, z rękami słabymi niczym przycięte skrzydła. 

Originally published by Atticus Review.