sobota, 4 stycznia 2014

Contest: "The Winter that Wasn't"

The Literary Stroller announces a micro-fiction contest (1800 chars. max.) on the theme of: 

"The Winter that Wasn't".

The most interesting entries shall be published, the winning one also in Polish translation.

spacerowiczliteracki@gmail.com


Konkurs: "Zima której nie było"

Spacerowicz Literacki ogłasza konkurs na mikro-opowiadanie (max. 1800 znaków) na temat: "Zima której nie było". 

Najciekawsze propozycje zostaną opublikowane, a zwycięski utwór również w tłumaczeniu na angielski.

spacerowiczliteracki@gmail.com

Rumaan Alam, „Może dziewczyna”

Może jest dom. Może w Maryland – równie dobre miejsce do życia jak każde inne.

Może jest pożar, może wybucha w kuchni, takie rzeczy się zdarzają, przeskakuje z pieca na firanki na ścianę na sufit, i może dom płonie, i jej bracia giną we śnie, oddychając poczerniałym powietrzem, aż ich mózgi przestaną pracować, i jej rodzice giną, budząc się na moment w panice i modląc, zanim stopią się, powyginają i zwęglą w nicość. Może dziewczyna, w swoim pokoiku na poddaszu nad garażem, nie ginie. Może skacze przez okno na dach garażu, może spada stamtąd na wilgotną od rosy trawę, może patrzy na dom i nie jest nawet w stanie krzyczeć, tak jest przerażona, i może wybiega na ulicę, a jej sąsiad, rosły mężczyzna, były policjant, chwyta ją i przyciska do piersi, mówiąc: - Nie patrz, nie patrz, odwróć wzrok – podczas gdy ona dławi się i wymiotuje. Może tylko ona zostaje.

Może strażacy ratują, co się da: żeliwny garnek, w którym jej ojciec przyrządzał chili w zimowe niedziele, srebrną ramkę na zdjęcia, z jakimś cudem zachowaną fotografią rodziców jej matki, rowerek najmłodszego brata, parę książek. Może dziewczyna ich nie chce, wyrzuca je, za pieniądze, które zebrali sąsiedzi, jej przyjaciele i znajomi rodziców kupuje nowe ubrania. Może przeprowadza się do miasta, by zamieszkać z ciotką Alicją.

Może ciotka Alicja nigdy nie chciała mieć dzieci, nie lubi, gdy się ją nazywa ciotką, ale rozumie, jaka spoczęła na niej odpowiedzialność, co trzeba zrobić, więc sprzedaje swoje mieszkanie w centrum, znajduje coś większego, z dwiema sypialniami, blisko parku, może z widokiem na rzekę. Może Alicja pyta znajomych, którzy mają dzieci, albo chrześniaczki, albo siostrzenice, o szkoły, które są dobre, które nie, ale nie martwi się za bardzo, bo dziewczyna nie jest dziewczynką, praktycznie nie jest już dzieckiem, lecz młodą kobietą, więc Alicja pozwala jej żyć własnym życiem, wyposaża ją tylko to, co wydaje jej się konieczne do życia: konto w banku, klucze do mieszkania, kartę biblioteczną, wyjaśnienie, jak działa transport publiczny, jak młoda kobieta powinna zachowywać się na ulicy.

Może dziewczyna czyta książki w dni, kiedy nie jest w szkole, kiedy Alicja ma spotkanie klubu czytelniczego, spotkanie grupy AA, wyjście do parku z ornitologami-amatorami w celu liczenia ptaków. Może dziewczyna czyta książki w dni, kiedy jest w szkole, jadąc autobusem, z książką w dłoni, drugą trzymając się uchwytu mającego zapewnić pasażerowi równowagę, gdy autobus hamuje lub szarpie . Może zaczyna palić papierosy, bo wydaje jej się to słuszne, i ponieważ jest to ogień, ponieważ musi tworzyć, a potem wdychać ogień, i myśli o popiołach swych braci i rodziców – bo popiołami się stali, czterema kupkami popiołu pogrzebanymi w jednym grobie – gdy odrywa czerwony ognik papierosa, który tańczy na wietrze.

Może dziewczyna ścina włosy na krótko, potem żałuje, próbuje znowu zapuścić. Może pani Duncan, jej nauczycielka angielskiego ze szkoły w Maryland, przysyła jej list pełen nieaktualnych nowin i najlepszych życzeń, który wprawia dziewczynę w smutny nastrój, więc drze go i wyrzuca skrawki przez okno, gdzie unosi je wiatr. Może na wysokości ósmego piętra zawsze wieje. Może dziewczyna nigdy nie odpisuje pani Duncan, ani nikomu innego, bo jest pogrążona w smutku. Może mówi sobie: „Jesteś wyjątkowa, jesteś magiczna, wszystko ma jakiś sens”, ale może sama w to nie wierzy. Może sądzi, że wszechświat jest tak wielki, iż każdy człowiek i to, co mu się przydarza, jest statystyczną anomalią, i może nigdy nie była dobra z matematyki. Może myśli, że pociechą byłoby wierzyć, iż w jej żyłach płynie magia, chociaż wie, że to tylko krew i popioły i resztki DNA jej rodziców.


Może dziewczyna myśli o cięciu. Może o głodowaniu, o byciu piękną. Może o zrobieniu loda wszystkim chłopcom z drużyny piłkarskiej, albo o pisaniu gniewnych haseł flamastrem na ramieniu, albo o tym, żeby nauczyć się grać na gitarze i komponować piosenki, albo pisać wiersze i stać się sławną, ale w końcu wszystko to wydaje się jej śmieszne i głupie, więc w zamian siedzi do późna przed telewizorem oglądając seriale kryminalne. Może wygląda przez okno sypialni, kiedy nie czyta, ani nie ogląda telewizji, i może z sypialni nie roztacza się żaden widok, więc spogląda w dół podwórka-studni, i może wychyla się przez okno któregoś wieczora, by zapalić papierosa, i zapala zapałkę za zapałką, lecz wszystkie gasną na wietrze, który zawsze wieje na wysokości ósmego piętra. Może mówi: - Cholera – i chodzi jej o ogień, może ma na myśli cholerny ogień, początek i koniec wszystkiego.

Originally published by Necessary Fiction.



piątek, 3 stycznia 2014

Alice M. Roelke, „Dolina Literacka”

W Dolinie Literackiej setka drzew jaśniała blaskiem talentu pisarzy dawno zmarłych, a także kilku żyjących. Twórcza wena przeobraziła się w dęby, wiązy, wierzby i klony  reprezentujące Keatsa, Hemingwaya, Tolkiena i Twaina.

Ostrokrzew Dickensa, który ożywiał się, gdy się koło niego przechodziło, miał skłonność do gadulstwa i niezmordowanie snuł długie opowieści, rozprawiając o pani Jellyby i Małym Timie Cratchicie.

Drzewo Hemingwaya było mniej udane. Włączywszy się, powtarzało tylko w kółko Krótki i szczęśliwy żywot Franciszka Macombera. Z kwaśną miną.

Napicie się skoncentrowanego soku z cisa Szekspira powodowało, że człowiek przez cały dzień mówił sonetem. Sok ten kupowali po wygórowanej cenie podrzędni wierszokleci, a drzewo smętnymi rymami skarżyło się, jakie to karykaturalne i niesprawiedliwe (częstokroć wspominając o Danii).

Drzewo e.e. cummingsa nie rozwijało pąków, by w ten sposób zaznaczyć brak wielkich liter.

Drzewo Raya Bradbury’ego, sasafras o trójpalczastych liściach, rosło i rosło, sięgając gwiazd, a u jego stóp kołysały się zagony dmuchawców.

„Sztuka we krwi przyjmuje najrozmaitsze formy” – powiedział kiedyś Sherlock Holmes (rośnie tam też jarząb Conan Doyle’a) – i najwyraźniej stosuje się to też do sztuki w drzewnym soku. Któregoś dnia włoski orzech zamiast tryskać słowami o studniach, krukach i złotych żukach, wyciągnął korzenie z ziemi i spacerował, potrząsając konarami, szeleszcząc liśćmi i pobierając opłaty od zwiedzających.

Miłośnicy drzew literackich uciekali w popłochu, krzycząc: - Poe-twór atakuje!

Originally published by Nonsense Society.



Alice M. Roelke, „Przewodnik damy po podróżach w czasie”

Zapakuj dodatkowe ineksprymable. W przyszłości wiele kobiet ubiera się skąpo. Garderoba kształtująca sylwetkę jest nie do dostania; większość krawców nie ma pojęcia o fiszbinowych gorsetach i turniurach.

Trzymaj się wyznaczonych tras. Pewne obszary przyszłości są bezpieczne dla podróżników w czasie, bowiem miejscowa ludność próbuje pielęgnować historię, udając, że żyje w przeszłości. Tutaj podróżujący może najłatwiej wtopić się w tło.

Nie odłączaj się od grupy. Uważaj na nagły szok, jaki mogą wywołać niemoralne obyczaje przyszłości. Zawsze pozostawaj w zasięgu wzroku przynajmniej jednego członka grupy i pamiętaj, by w razie czego zawsze mieć pod ręką sole trzeźwiące.

Nie próbuj kontaktować się z własnymi potomkami. Może to być bardzo nieprzyjemne! Pewna szacowna dama odkryła kiedyś, że jej prawnuk zostanie muzykiem podejrzanego autoramentu.

Przede wszystkim zaś naucz się czegoś. Machina pana Wellsa daje nam szansę jedyną w swoim rodzaju. Kto nie słucha nauk przyszłości, ten sam się na nią skazuje!

Originally published by the Nonsense Society.


czwartek, 2 stycznia 2014

Antonia Harvey, „Przestrzeń negatywna”

Długo trwało, zanim Lucy Morgan umarła.

Była to niczym nie wyróżniająca się śmierć, powolny rozpad skóry, synaps i jaźni, śmierć, która nikomu nie sprawiła kłopotu, i po której nie zostało nic poza kurzem i wspomnieniem zapachu lawendy. A potem, kiedy już zjawili się ludzie w białych kombinezonach i wciągnęli ssawką odkurzacza wszystkie resztki, zamknęli je szczelnie w małych przezroczystych torebkach i wyrzucili do śmieci, nikt zdawał się nie pamiętać, że ktoś taki w ogóle istniał.

Zaczęło się zwyczajnie, w powolnym, miarowym rytmie dnia jak co dzień: obudzić się, wstać, umyć zęby, wyszczotkować włosy, zaparzyć herbatę, ubrać się, rozwiązać krzyżówkę, posłuchać niekończącego się tykania zegarka, brzęczenia muchy i zastanawiać się, czy grzanka się nie przypali. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień będzie inny od pozostałych; Lucy wykonywała typowe czynności, myślała przyjemne myśli, śniła sny młodszej kobiety i nie zauważała, że się rozpada, dopóki nie spojrzała pod nogi biorąc prysznic i nie spostrzegła, że jej czcze fantazje spływają do ścieku.

W trakcie cotygodniowej przechadzki do supermarketu jej poczucie perspektywy zsunęło się, niczym skóra z węża, do kałuży na poboczu, i tego również nie zauważyła, idąc dalej dziwnie lekkim krokiem i czując na twarzy ciepło porannego słońca. Gubiła też cienkie warstewki naskórka, komórki unoszące się w powietrzu niczym drobinki kurzu niesione ciężkim od smogu wiatrem.

W pracy zostawiła w fotokopiarce długi kosmyk ciemnych włosów i wspomnienie ojca, przez co maszyna zacięła się od łagodnego śmiechu, szelestu kartek i zapachu niedzielnego śniadania. Przy biurku zostawiała czas oraz odgłos nerwowego bębnienia palców, a gdzieś na pachnącą stęchlizną szarą wykładzinę upadła miękka czarna rzęsa.

W aromatycznie pachnącym wnętrzu ulubionej kawiarni zgubiła wszystkie słowa, jakich nigdy nie wypowiedziała, i wszystkie uczucia, do jakich się nigdy nie przyznała – wszystką poezję i opowieści i gorący, bolesny entuzjazm dziewczyny, która przez krótką chwilę wierzyła tak desperacko, że jej ciało jest lekkie i świetliste jak słońca supernowej – czuła, jak odpływają w ciemnych, ziarnistych fusach, stukocie ekskluzywnych klawiatur i chlupocie małych czarnych niewartych swej ceny. W ciszy, jaka pozostała, zwróciła się delikatnie wewnątrz, ku czarnemu, nagiemu rdzeniowi, i pozwoliła, by jej podmuchy wystudziły żar ognia, jaki już dawno wygasł. Żadne słowa nie wydobyły się spomiędzy jej spierzchniętych warg – nie mogły się wydobyć – i kiedy się poruszyła, z zamazanych konturów jej jestestwa wyciekło coś, co wyglądało jak plama oleju.

Tego wieczora usiadła przy kuchennym stole i rozpuściła się kompletnie w filiżankach herbaty i stronicach popołudniowej gazety, jej kości, skóra i włosy osiadające pomiędzy wstępniakami i rozwiewające się z parą. A kiedy ludzie w białych kombinezonach zapukali nazajutrz do jej drzwi, to nie znaleźli zdjęć, ani bibelotów, ani wspomnień, a jedynie kurz unoszący się w powietrzu, lepki i przesłodzony. Westchnęli, nałożyli maski i wzięli się do pracy. Gdy wracali do domu, nie pamiętali już o setkach plastikowych torebeczek, jakie zostawili w koszach na śmieci śpiącego miasta.

Originally published here.



Matthew W. Baugh, „Bandyta Schrödingera”

Mały szary człowieczek wszedł do biura Bena Murphy’ego i wbił weń spojrzenie wielkich czarnych oczu. Ben widział wiele w ciągu piętnastu lat szeryfowania w hrabstwie Chaves, ale nigdy nic podobnego do tego nagiego, kościstego pokurcza o wielkiej głowie. W gruncie rzeczy nie był nawet w stanie stwierdzić, czy to mężczyzna, mimo że tamten był bez spodni. Lecz Ben wiedział, że bez względu na sytuację należy zachować spokój i opanowanie.

- W czym mogę pomóc? – zapytał.

Człowieczek (Ben uznał, że tak najprościej będzie go nazywać) zamrugał oczami. – Czy pan jest szeryfem?

Jego drobne usta nie poruszały się, przyjemny baryton wydobywał się nie wiadomo skąd. Ben był pod wrażeniem, zdołał jednak nie zrobić zdziwionej miny, ani nie rozejrzeć się po pomieszczeniu w poszukiwaniu źródła głosu. Przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości musi w każdych okolicznościach pozostać spokojny i opanowany, gdyż inaczej nie będzie szacunku dla prawa. Taką zasadę wyznawał Ben, od kiedy objął stanowisko, i nie widział powodu, by ją teraz zmieniać.

- Tak – odparł.

- Nazywam się Oorlatu’u – rzekł pokurcz. – Znalazłem się w pańskiej... jurysdykcji i pomyślałem, że moglibyśmy sobie pomóc.

- A mianowicie?

- Jestem łowcą nagród – wyjaśnił Oorlatu’u.

- Pański zawód akurat niewiele mnie obchodzi – odparł Ben.

- Nie jest pan jedyny. A jednak całkiem skrupulatnie zastosowałem się do waszych praw i obyczajów. Mam nadzieję, że to złagodzi pańską postawę.

Ben zmarszczył czoło słysząc te wielkie słowa i zaczął się zastanawiać, czy Oorlatu’u nie próbuje przypadkiem okazać mu swej wyższości. Było to coś, co robił czasem Dell Martinson, jedyny prawnik w mieście, i niemożebnie wkurzało to Bena.

- Czy mam rozumieć, że przyskrzynił pan bandytę? – zapytał.

- Schwytałem Wichitę Kida – odparł mały człowieczek. – Tyle że mam go nie w skrzyni, a w specjalnym pojemniku.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do środka weszły dwie istoty identyczne jak Oorlatu’u (na tyle, na ile Ben w stanie stwierdzić), prowadząc metalowy pojemnik, który unosił się około sześciu cali nad ziemią. Czarny i połyskliwy, kształtem przypominał odwróconą do góry dnem trumnę, a na jego powierzchni nie widać było żadnych łączeń.

- Kid jest w środku?

- Tak.

- Co to za pojemnik?

- To komora splątania kwantowego – wyjaśnił Oorlatu’u. – Wichita Kid jest wewnątrz, razem ze źródłem promieniotwórczym w postaci jednego atomu i zasobnikiem z trującym gazem. Jeżeli atom rozpadł się i wyemitował cząstkę promieniowania, gaz został uwolniony i Kid nie żyje. Jeżeli atom nie rozpadł się, gaz nie został uwolniony i Kid żyje. Ponieważ rozpad atomu zależy od wpływu obserwatora, Wichita Kid znajduje się obecnie w stanie superpozycji. Dopiero otwarcie pojemnika spowoduje rozstrzygnięcie sytuacji.

Ben otworzył szufladę biurka, wyciągnął zwitek prasowanego tytoniu i odgryzł kawałek. Wstał i powoli obszedł pojemnik, żując z namysłem.

- Czy nie taki zwyczaj panuje w pańskiej jurysdykcji? – zapytał Oorlatu’u.

- Nie pamiętam, żeby ktokolwiek zadał sobie tyle trudu - wycedził szeryf Murphy.

- Na liście gończym stało wyraźnie: „Poszukiwany żywy lub martwy” – rzekł mały szary człowieczek. – Nie znam innego sposobu, żeby spełnić to żądanie.

Originally published here.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

James Valvis, „Brzemię ojca”

Trumna była dębowa, z mosiężnymi okuciami, a ojciec nie był ułomkiem, lubił czekoladę, lasagnę, kiełbasę, brzuch miał okrągły jak worek mąki, więc wszystko razem ważyło dobre dwieście kilo.

Szedłem z tyłu. Pięliśmy się pod górę po soczystej zielonej trawie, od której skarpetki miałem mokre aż po kostki, zapadając się w wilgotną glebę z każdym krokiem. Mój brat, żołnierz piechoty morskiej, szedł z drugiej strony. Cały ciężar ojca spoczywał na nas. Pozostali czterej goście praktycznie tylko prowadzili.

Ciężko dysząc, spojrzałem na brata. Twarz miał poważną, lecz nieporuszoną. Miał kwadratową szczękę i był ostrzyżony na jeża. Jego zwyczajowo uważano za tego silnego, a mnie za tego inteligentnego. Ale tak naprawdę nigdy się z tym nie zgadzałem. On był jednym i drugim.

Mało brakowało, bym podparł trumnę prawą ręką, by pomóc lewej, ale wstyd mnie powstrzymał.

Wstyd: ojciec zawsze potrafił go we mnie wzbudzić i nagle przyszło mi do głowy – jakkolwiek było to irracjonalne – że wybrał to miejsce na stromym zboczu nie dlatego, że było położone wśród drzew albo niedaleko kaplicy, ale po to, żeby upokorzyć mnie, swego żyjącego syna, który nie był w stanie unieść ojcowskiego brzemienia nawet po jego śmierci i musiał się zatrzymać, żeby złapać oddech.

To, co zaczęło się jako ćwiczenie z szacunku, zamieniło się w wyzwanie i wiedziałem już, że prędzej ręka mi odpadnie, niż się poddam. Prędzej upuściłbym trumnę, niż poprosił o pomoc.

Stopy zapadały mi się głębiej w glebę, ślizgałem się, chlapiąc błotem. Pot lał się ze mnie strumieniami. Nadgarstki mnie bolały, skurcze targały bicepsami, oczy piekły. Błagałem Jezusa o siłę. Kątem oka spostrzegłem w trawie drozda, dziobem grzebiącego w ziemi w poszukiwaniu robaków. Czułem zapach potu spod pach i rozmiękłej gleby pod nogami. Wyżej widziałem już czubek namiotu rozpiętego nad otwartym grobem, w którym mieliśmy złożyć ojca. Będzie tam czekała moja matka, siostra, jeszcze parę osób. Sądząc po frekwencji, ojciec nie był szczególnie popularny.

Czy rzeczywiście? Chyba nie. Gdzie byli ci wszyscy kuzyni, których przyjął pod swój dach, bratankowie, których odwoził do domu po nocnych popijawach, przyjaciele, dla których konstruował meble? Dlaczego w żałobie po człowieku takiego formatu uczestniczyło tak niewielu?

Poczułem, że mój uchwyt słabnie, że trumna zaraz mi się wyślizgnie. Modliłem się. Zbocze było tu bardziej strome i zdawało się nie mieć końca. Ojciec najwyraźniej kazał się pochować na szczycie Mount Everestu. Piętami przydeptywałem nogawki spodni. Będą do wyrzucenia.

Zamknąłem oczy, próbując nie myśleć o bólu. Ale bolał mnie każdy palec. Trumna wrzynała mi się w ramię, przez co drętwiał mi kark. Nie mogłem złapać oddechu i zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie odetchnąć. Kazałem sobie odetchnąć – ale bez skutku.

Gdy wreszcie dotarliśmy na szczyt wzgórza, brat spojrzał na mnie. Miałem łzy w oczach. – Już dobrze – powiedział. Myślał, że płaczę z powodu ojca. W pewnym sensie tak było.

Opuściliśmy trumnę do grobu. Ulga była nie do opisania.

Gdy tylko poczułem przypływ mocy spowodowany zrzuceniem ciężaru, przyszło mi do głowy, że ojciec mógł to zaplanować nie jako karę, lecz jako ostatnią szansę, bym stał się synem, jakiego pragnął.

Pewnie nie, ale z nim nigdy nic nie wiadomo.

Podeszliśmy do strefy dla rodziny, gdzie matka i siostry łkały cicho, ale długo trwało, zanim złapałem wreszcie oddech i jeszcze dłużej, zanim zdołałem opanować uśmiech.

Originally published here.

Stephen Gaskell, „Umysł Allacha”

Pi: liczba niewymierna równa stosunkowi długości obwodu koła do długości jego średnicy, symbol π, wartość ok. 3,14159, po raz pierwszy wymieniana w egipskim papirusie Rhinda z ok. 1900 r. p.n.e.

Emiliano spieszył przez Plaza del Potro, podczas gdy zachodzące słońce nadziewało się na najwyższy minaret kordobańskiego Wielkiego Meczetu. Po jednej stronie placu niechlujny żebrak recytował sury Koranu, lecz choć wymagało to niezwykłej pamięci, niewiele monet wpadało do jego miski. Emiliano powinien być zadowolony. To był jego ostatni dzień w mieście pogan. Jutro pojedzie na wschód, do Barcelony, a stamtąd popłynie do domu, do Wenecji. Problem polegał na tym, że będzie wracał z pustymi rękami.

Skręcił w wąską alejkę, gdzie zaśpiew muezzina odbijał się echem od kamiennych ścian, a znad garnca z duszoną ciecierzycą na stoisku ulicznego sprzedawcy unosił się zapach kolendry. Wiele miesięcy temu Emiliano przybył incognito do Kordoby, by wydobyć tajemnice liczby pi od wielkiego islamskiego matematyka Faisala al-Khalsiego, który obliczył świętą liczbę do szóstego miejsca po przecinku. Szóstego! Od poznania dokładnej wartości tej kluczowej stałej matematycznej zależały dalsze postępy w astronomii, nawigacji i sztuce wojennej – nie wspominając już o chwale chrześcijaństwa – a przełożonych Emiliana w Rzymie przerażała myśl, iż Nieprzyjaciel mógłby uzyskać nad nimi przewagę.

Dotarłszy do domu matematyka, Emiliano odmówił szeptem modlitwę i zapukał do drzwi z polerowanego klonowego drewna. Otworzył sam Faisal, ubrany w jedwabną szatę, która wydęła się na wietrze.

- Bracie – rzekł, chwytając Emiliana za ramię. – Wejdź, wejdź!

Za jego plecami z piwnicznych drzwi wyłonił się ciemnoskóry sługa, niosący solidną drewnianą tacę. Odwrócił się i starannie zawarł wrota. Emiliano zawsze zastanawiał się, co lub kogo matematyk ukrywa w podziemiach swego domostwa, lecz wyraźnie zakazano mu tam wchodzić.

- Nie przeszkadzam? – zapytał, unosząc brwi.

Na twarzy matematyka odmalowało się chwilowe rozdrażnienie, ale szybko się opanował. – Ależ skąd. – Obrócił się, unosząc wskazujący palec. – Dzisiaj ucztujemy! – Wkraczając do obszernej komnaty wyłożonej delikatnymi brokatami i kolorowymi poduszkami, Emiliano nie mógł przestać myśleć o tym, jakież to matematyczne skarby kryją się pod podłogą.

Gdy usiedli, Emiliano niezwłocznie przeszedł do interesującego go tematu. – Powiedz, o mądry, czy dowiedziałeś się czegoś więcej o umyśle Allacha? – Nie sprawiało mu przyjemności określanie liczby pi w ten sposób, tak jednak nazywał ją Faisal, a dzisiaj Emiliano zamierzał być dla niego słodki jak wanilia.

- Zebrałem zaledwie kilka ziarenek piasku z rozległej pustyni, jaką jest umysł Stwórcy. Jakimż klejnotem jest jednak każde z nich! – Spod niskiego stołu, na którym stały misy z nadziewanymi liśćmi winorośli, podpłomykami, korzennie przyprawianym kuskusem i tuzinem innych smakołyków, matematyk wydobył zwój papirusu. Zrobiwszy miejsce na stole, rozpostarł go.

Emiliano wbił wzrok w cyfry pięknie wykaligrafowane pełnym zawijasów pismem.

3, 1 4 1 5 9 2 6 5.

Były jak cekiny lśniące jaskrawo na surowym płótnie. Próbował je zapamiętać, ale skakały mu przed oczami niczym ryba trzepocząca się w sieci.

- Ile? – wyszeptał, a z kącika ust pociekła mu ślina.

- Dziewięć – odparł Faisal z dumą, muskając palcami powierzchnię papieru, a potem szybko zrolował zwój.

Nawet gdyby Emiliano zdążył zapamiętać sekwencję cyfr, nie znając metody, jaką została obliczona, nie wiedziałby, czy jest poprawna. A jeżeli muzułmanie znali wartość liczby pi... zadrżał na myśl o ich okrętach wojennych penetrujących nieznane wody, o ustawionych na ich pokładzie trebuszach zdolnych miotać pociski z wielką dokładnością. Sycylia, Bari, być może nawet Wenecja znalazłyby się w niebezpieczeństwie.

Przez resztę uczty i potem, gdy obaj mężczyźni na przemian pociągali aromatyczny dym z bogato rzeźbionej fajki wodnej, Emiliano nie przestawał wypytywać gospodarza. Czy jego metoda oparta była na greckiej geometrii czy na arabskiej algebrze? Wykorzystywała różniczkowanie, wielokąty, kwadraturę koła? Emiliano szkicował i wyjaśniał swoje pomysły, ale jego brodaty gospodarz potrząsał tylko głową.

- Posiadasz znakomity umysł, bracie – rzekł wreszcie. – Wracaj do domu i dogłębnie przebadaj nurtujące cię zagadnienie. Twoje idee są jak ziarna rzucone w żyzną glebę i wydadzą piękne owoce.

Emiliana nie interesowały spekulacje. Z pewnością nie zainteresują też Rzymu. Oszołomiony tytoniowym dymem, chwycił gospodarza za poły szaty i przyciągnął ku sobie. – Kłamiesz! Muzułmaninowi nie wolno mówić nieprawdy, a jednak potrząsasz tylko głową na każdą z moich hipotez.

- Bo taka jest prawda! – zagrzmiał Faisal, odpychając dłonie Emiliana. – Wiemy, że ziemie chrześcijańskie pogrążone są w mroku i pogańscy szpiedzy próbują wykraść nasze tajemnice, nie sądziliśmy jednak, że będą aż tak zuchwali! Bardzo dobrze, oszuście, chcesz wiedzieć, jak zdołałem obliczyć wartość umysłu Allacha? Powiem ci, ale za określoną cenę. – Faisal wstał, wygładzając szatę, a Emilianowi żywiej zabiło serce. – Za cenę twojej wolności.

Emiliano posmutniał i opuścił głowę.

- Gomis odprowadzi cię do drzwi – rzekł Faisal i wyszedł, a płomienie świec zamigotały od podmuchu.

Emiliano wpatrywał się w papirus, który rozgniewany matematyk nieopatrznie zostawił na stole. Nie namyślając się wiele, wsunął go sobie za pazuchę, na moment przed tym, jak do komnaty wszedł sługa. Wstał i ruszył za muskularnym ciemnoskórym mężczyzną prowadzącym go przez pogrążone w półmroku korytarze, a po głowie tłukła mu się jedna myśl: a jeżeli cyfry się nie zgadzają? Musiał dowiedzieć się więcej.

Chwycił stojącą przy głównych drzwiach figurkę z twardego drewna i rąbnął nią sługę w tył wygolonej czaszki. Mężczyzna osunął się bezdźwięcznie na ziemię. Emiliano odpiął pęk kluczy, który Maur miał przytroczony do pasa, i zaczął po kolei przymierzać je do zamka w piwnicznych drzwiach. Przy trzeciej próbie rygiel odskoczył i Emiliano zszedł na dół po schodach oświetlonych blaskiem pochodni.

Po piwnicznej izbie krążył młody mężczyzna o bladej skórze i przerzedzonych włosach, obgryzając paznokcie, przewracając oczami, czasem uśmiechając się albo mrucząc coś pod nosem, a potem nagle robiąc zbolałą minę, by po mniej więcej minucie podbiec do niewielkiego biurka i zapisać długaśną liczbę.

- Lubisz jabłka? – zapytał, podsuwając Emilianowi półmisek z owocami. – Na biurku piętrzyły się stosy kartek, z cyframi gęsto nagryzmolonymi na marginesie. To tak Faisal poznał wartość umysłu Allacha? Słuchając rojeń wariata? Zniesmaczony Emiliano wyciągnął zwój zza pazuchy, cisnął nim w piwnicznego lokatora i wybiegł w noc.

Miesiąc później stał w podcieniach Palazzo Ducale, zdając doży relację ze swych przygód.

- W tamtej piwnicy z pewnością był jeden głupiec – rzekł najwyższy urzędnik Republiki Weneckiej, splatając dłonie, gdy Emiliano skończył. - Ty.

- Jak to?

- Czy nigdy nie widziałeś ludzi popisujących się umiejętnością błyskawicznego liczenia na Ponte di Rialto? – Doża potrząsnął głową. – Ten chłopak nie był idiotą. Był sawantem.

Zwój – umysł Allacha – miał go w rękach. A potem go wyrzucił.


- Chodźmy – powiedział doża. – Musimy się modlić.

Originally published here.

James Valvis, „Złote serce”

Urodził się ze złotym sercem. Lekarze gapili się na zdjęcia rentgenowskie, szczęki im opadły, nie pojmowali, jak coś takiego może bić, nie mówiąc już o tłoczeniu krwi, poskrobali więc w notatnikach, przepisali niepotrzebne leki, by zaznaczyć własną powagę, i odesłali chłopca do domu.

Wkrótce zachorował. Wyzdrowiał, lecz do końca życia pozostał słabowity.

Nawet wśród członków jego rodziny panowała zgoda, że złote serce to nienajlepsze rozwiązanie. Człowiekowi bardziej przydałoby się żelazne płuco albo kamienne nerki, a nawet para mosiężnych jąder pozwoliłaby łatwiej przetrwać w świecie.

Chłopiec wyrósł na mężczyznę i chociaż zawsze był wrażliwy na ludzkie nieszczęście, nie mówiąc już o muzyce country and western, to starał się, jak mógł, i dawał sobie radę... aż do dnia, gdy znalazł go człowiek bez serca. Ten ostatni rozciął mu pierś, wyrwał złote serce i wsadził do własnej klatki piersiowej.

Przez chwilę biło równo, niczym kuranty odgrywające kompozycję Beethovena, potem jednak pieśń ucichła, a serce zaczęło rdzewieć, kruszeć, aż rozpadło się zupełnie, a człowiek bez serca znowu był bez serca i krzyczał.

Tymczasem człowiek o złotym sercu otrzepał się, pierś mu się zagoiła, a miejscu starego złotego serca wyrosło nowe.

- Jak? – chciał wiedzieć człowiek bez serca.


Lecz człowiek o złotym sercu tylko wzruszył ramionami, a potem poczęstował człowieka bez serca filiżanką herbaty, dał mu wszystkie drobne, jakie miał w kieszeni, i wszystko inne, co tylko mógł.

Originally published here.

sobota, 28 grudnia 2013

Kate Chopin, "Pocałunek" (1894)

Na dworze było jeszcze całkiem jasno, ale w pokoju, przy zaciągniętych zasłonach i tlącym się kominku rzucającym przyćmiony, niepewny blask, zalegały głębokie cienie.

Brantain siedział w jednym z nich; cień spowił go, ale to mu nie przeszkadzało. Dzięki temu miał odwagę wpatrywać się intensywniej w siedzącą przy kominku dziewczynę.

Była bardzo ładna, o delikatnej, soczystej cerze charakterystycznej dla typu hożej brunetki. Siedziała całkiem wyprostowana, leniwie głaszcząc jedwabiste futro kota zwiniętego w kłębek na jej kolanach, i raz na jakiś rzucając niespieszne spojrzenie ku cieniowi, w którym siedział jej towarzysz. Rozmawiali cicho, o nieważnych sprawach, jakie wyraźnie nie były tymi, które zaprzątały ich myśli. Ona wiedziała, że on ją kocha; był to szczery i prostolinijny młodzieniec, który nie potrafił – i nie chciał – ukrywać swych uczuć. Od dwóch tygodni gorliwie i wytrwale zabiegał o jej towarzystwo. Czekała ufnie, aż się jej oświadczy, i zamierzała jego oświadczyny przyjąć. Niepozorny i niezbyt atrakcyjny Brantain był bowiem ogromnie bogaty; ona zaś pragnęła splendoru, jaki bogactwo mogło jej dać.

W trakcie jednej z pauz między rozmową o ostatniej herbatce i następnym przyjęciu drzwi otworzyły się i do środka wszedł młody mężczyzna, którego Brantain znał całkiem dobrze. Dziewczyna zwróciła ku niemu twarz. On raz, dwa znalazł się przy niej i nachyliwszy się nad krzesłem – zanim zdążyła wyczuć jego intencje, nie zdawała sobie bowiem sprawy, że nie zauważył Brantaina – złożył na jej ustach długi, gorący pocałunek.

Brantain wstał powoli; wstała również ona, lecz szybko, a nowoprzybyły stał pomiędzy nimi, z wyrazem twarzy, w którym lekkie rozbawienie i bunt mieszały się z konsternacją.

- Myślę... – wymamrotał  Brantain - ... widzę, że zabawiłem zbyt długo. Ja... nie miałem pojęcia... to znaczy... muszę się już pożegnać. – Ściskał kapelusz w obu dłoniach i zapewne nie widział, że ona wyciąga do niego dłoń, bowiem przytomność umysłu nie opuściła jej do końca, lecz nie ufała sobie na tyle, by się odezwać.

- Niech mnie diabli, jeżelim go zauważył, Nattie! Wiem, że postawiłem cię w niezręcznej sytuacji. Ale mam nadzieję, że mi wybaczysz – ten jeden raz. Cóż, to, o co chodzi?

- Nie dotykaj mnie; nie zbliżaj się do mnie – odparła gniewnie. – Jak śmiesz tak wchodzić do domu bez pukania?

- Przyszedłem z twoim bratem, jak często to czynię – rzekł chłodno, tonem samousprawiedliwienia. – Weszliśmy bocznymi drzwiami. On udał się na górę, a ja wszedłem tutaj w nadziei, że znajdę ciebie. Wyjaśnienie jest proste i powinno cię przekonać, że niezręczność była nieunikniona. Powiedz jednak, że mi wybaczasz, Nathalie – poprosił, mięknąc.

- Wybaczyć ci! Nie wiesz, o czym mówisz! Daj mi przejść. To zależy... od wielu rzeczy, czy kiedykolwiek ci wybaczę.

Zauważywszy Brantaina na następnym przyjęciu, o którym była z nim wtedy rozmawiała, podeszła do niego z miną pełną słodkiej szczerości.

- Czy pozwoli pan porozmawiać ze sobą chwilę lub dwie, panie Brantain? – zapytała z ujmującym, lecz niespokojnym uśmiechem. On wydawał się bardzo niezadowolony, lecz gdy ujęła go pod ramię i poprowadziła w poszukiwaniu ustronniejszego kąta, na jego niemal komicznie smętnym obliczu zaświecił promyk nadziei. Nie dało się ukryć, że była bardzo elokwentna.

- Być może nie powinnam była próbować z panem rozmawiać, panie Brantain; lecz... lecz, och, było mi tak przykro, tak niezmiernie przykro od czasu tego drobnego incydentu owego wieczora. Kiedy pomyślałam, jak błędnie mógł pan zinterpretować to, co się wydarzyło, i uwierzyć w różne rzeczy... – Na okrągłej, szczerej twarzy Brantaina nadzieja wyraźnie wygrywała z boleścią. – Oczywiście, wiem, że to dla pana drobnostka, ale przez wzgląd na mnie samą chciałabym, by wiedział pan, że pan Harvy jest moim długoletnim bliskim przyjacielem. Od niepamiętnych czasów jesteśmy praktycznie jak kuzyni – jak brat i siostra, mogłabym rzec. On jest najbliższym współpracownikiem mego brata i często wyobraża sobie, że przysługują mu te same przywileje, co członkom rodziny. Och, wiem, że to absurd, że nie powinnam panu tego mówić, że to wręcz niestosowne... – niemal szlochała – lecz tak bardzo zależy mi na tym, co pan o mnie myśli. – Ton jej głosu stał się bardzo niski i pełen wzburzenia. Brantain rozchmurzył się już niemal zupełnie.

- A zatem zależy pani na mojej opinii, panno Nathalie? Czy mogę tak panią nazywać? – Skręcili w długi, pogrążony w półmroku korytarz, wzdłuż którego pod obiema ścianami stały donice z wysokimi, pełnymi wdzięku roślinami. Szli bardzo powoli. Gdy dotarłszy na koniec korytarza zawrócili, twarz Brantaina była rozpromieniona, a jej przepełniona triumfem.

Harvy był jednym z gości na weselu; podszedł do niej w jednej z nielicznych chwil, gdy stała sama.

- Twój mąż – powiedział z uśmiechem – prosił, bym cię ucałował.

Jej twarz i krągła, gładka szyja spłonęła na chwilę rumieńcem. – Myślę, że to naturalne, iż w takim dniu mężczyzna pragnie czuć się i zachowywać wspaniałomyślnie. Powiedział, że nie chce, by wasz ślub zaburzył ową miłą poufałość, która pomiędzy nami istnieje. Nie wiem, co mu naopowiadałaś – tu uśmiechnął się bezczelnie – ale przysłał mnie, bym cię ucałował.

Poczuła się, jak gracz w szachy, który dzięki zręcznym posunięciom sprawił, że partia potoczyła się w zamierzonym kierunku. Z uśmiechem spojrzała mu w oczy wzrokiem jasnym i pełnym czułości; jej usta zapraszały go do pocałunku, którego zdawała się być spragniona.

- Jest jednak coś – ciągnął on cicho – o czym nie powiedziałem jemu, bo zabrzmiałoby to niewdzięcznie, ale powiem tobie. Otóż przestałem całować kobiety; to niebezpieczne.

Cóż, zostawał jej Brantain i jego miliony. Nie można mieć wszystkiego na tym świecie; liczyć na to było z jej strony czymś odrobinę nierealistycznym.

Originally published as The Kiss.

Joanna Leyland, "Siedzieć w słońcu"

Nie pytaj mnie, kochanie. Nie mam pojęcia. Tak jak powiedziałam, jestem tylko ich sąsiadką – tak, zgadza, to ten mały biały domek na rogu, ten, przy którym rośnie figowiec. Tak, widziałam wszystko. Nie żebym podglądała – wierzę, że każdy powinien zajmować się swoimi sprawami – ale nie dało się nie zauważyć. Najpierw całe to zamieszanie związane z jego chorobą, a potem płacz i zawodzenie, kiedy umarł – oczywiście, że poszłam złożyć kondolencje, tak się należy – i widziałam, jak wynoszą biedaka na cmentarz, kładą go do grobu i sypią ziemię. Muszę powiedzieć, że współczułam jego dwóm siostrzyczkom.

Słucham? Tak, zgadza się, kochanie. To było cztery dni później – gdy sprawy powoli wracały już do normy. Jakiś kaznodzieja. Dziewczynki musiały po niego posłać – nikomu nic nie mówiąc – i oto zjawił się, pewny siebie, z gromadą wiernych. Wyobrażasz sobie tę gadkę. A potem żeby iść na cmentarz, z prawie całą wioską depczącą mu po piętach. Nie, nie poszłam – pomyślałam, że to nieładnie, tak podburzać ludzi, robić im fałszywe nadzieje, ale myliłam się, nieprawdaż? W każdym razie kaznodzieja kazał im otworzyć grób, zawołał, tak mówią, i stało się. Wracali wszyscy, dziewczynki płakały i ściskały braciszka, połowa tłumu trajkotała z podnieceniem, a druga połowa, no wiesz, popatrywała niepewnie po sobie. Prawdę mówiąc, ja też nie byłam przekonana.

Potem? Cóż, kiedy kaznodzieja odszedł i wszystko ucichło, zapytałam jego siostry, czy nie pomóc im z zajmowaniem się nim. Bardzo mi dziękowały. Z początku było to tylko parę godzin, potem zaczęły przyprowadzać go rano i zabierać wieczorem, a wreszcie zapytały, czy mogłabym... no wiesz, wziąć go na stałe. Tak jak mówiłam, jestem wdową, a one... cóż, kochanie, powiedzmy po prostu, że nie jestem ponad to, żeby wziąć parę groszy za opiekę nad nim.


Przeszkadza? Na Boga, ależ nie, oczywiście, że mi nie przeszkadza. Sama zresztą widzisz, kochanie. Przez większość czasu po prostu tam siedzi. Oczywiście, że z nim rozmawiam – cóż, człowiek potrzebuje towarzystwa – ale jeżeli nie... Nie, w ogóle nie sprawia kłopotu. Po prostu lubi sobie siedzieć na słońcu.

Originally published here.


piątek, 27 grudnia 2013

Andrew Roe, „Złodziej wspomnień”

Wtedy Duncan postanowił ukraść Sarze wspomnienia.

Wiedział, jak to się robi, chociaż nie wiedział, jak, kiedy ani dlaczego tę umiejętność, zdobył, w każdym razie mógł to zrobić, kiedy tylko chciał - po prostu życzył sobie tego i to się działo.

Z początku stosował to głównie wobec swoich byłych dziewczyn, dawnych nauczycieli, pozerów, ludzi, którymi generalnie pogardzał. Kradł ich wspomnienia i stawały się one jego wspomnieniami, żył ich przeszłym życiem i było to zdumiewające i smutne i popieprzone. Ostatnio jednak robił to również ludziom, których lubił, nawet kochał, którzy mieli niedobre wspomnienia i chcieli zerwać z przeszłością, nawet jeżeli sami o tym nie wiedzieli. Duncan zdawał sobie sprawę, że wiąże się to z wielką odpowiedzialnością. Miał dwadzieścia dziewięć lat, był niepewny siebie i chciał stać się lepszym człowiekiem.

- Właśnie coś zrobiłem – powiedział Sarze.

Leżeli w łóżku, ona była wciąż zaspana, ciepła, nie do końca przytomna i zadowolona. Wiedział, że dzieciństwie doświadczyła braku troski i wiele złego. Wszystko to można było wymazać. Wszystko to mogło zniknąć i stać się częścią jego, nie jej.

- Co takiego? – zapytała.

- Ukradłem twoje wspomnienia.

- Naprawdę, kochanie? Dlaczego? Która godzina?

- Spróbuj sobie coś przypomnieć. Po prostu spróbuj. Coś z dzieciństwa.

- Dobrze.

Spojrzał na nią i wiedział, że znowu się udało: zmarszczka na jej czole, przekrzywienie ust, mówiące mu, że szuka, szuka i nie może znaleźć.

- Masz kucyki – powiedział. – Idziesz szkolnym korytarzem, jakiś dzieciak podstawia ci nogę, przewracasz się, wszyscy się śmieją, i jest to zadra, która pozostanie w tobie na całe lata, znacząco wpływając na twoje postrzeganie świata i ludzi. Potem, gdy wracasz do domu z obtartymi kolanami i podartą sukienką, dostajesz lanie. Próbujesz uciec do swego pokoju i zamknąć się w środku, ale bez powodzenia. Łzy palą cię w policzki jak ogień.

Sara usiadła. Była zupełnie przebudzona, oczy nagle jej rozbłysły.

- Nie pamiętam tego – powiedziała.

- Teraz to już moje wspomnienia – powiedział, obserwując światło bijące z jej oczu, przyglądając się jej twarzy, gdy szukała w myślach tego, co było utracone na zawsze i już nigdy nie mogło być odzyskane.

Originally published by Atticus Review.

Kate Chopin, "Przyzwoita kobieta" (1897)

Pani Baroda z pewną irytacją dowiedziała się, że jej mąż zaprosił swego przyjaciela, niejakiego Gouvernaila, by ten spędził tydzień czy dwa na plantacji.

Zimą prowadzili dość bogate życie towarzyskie; wiele czasu spędzili również w Nowym Orleanie oddając się różnym formom łagodnej rozpusty. Miała nadzieję na okres niczym niezakłóconego wypoczynku i bycia sam na sam z mężem, kiedy ten poinformował ją, że Gouvernail przyjeżdża w odwiedziny na tydzień lub dwa.

Słyszała o nim wiele, lecz nigdy nie poznała. Był kolegą męża ze studiów; teraz parał się dziennikarstwem, lecz w żadnym razie nie był człowiekiem z socjety czy „człowiekiem z miasta”, co w pewnym sensie wyjaśniało, dlaczego go dotąd nie poznała. Mimo to podświadomie stworzyła sobie jego mentalny obraz. Wyobrażała go sobie jako mężczyznę wysokiego, szczupłego, cynicznego; w okularach i z rękami w kieszeniach; nie podobał się jej. W rzeczywistości Gouvernail był istotnie dość szczupły, ale nie był ani bardzo wysoki, ani bardzo cyniczny; nie nosił też okularów, ani nie trzymał rąk w kieszeniach. I całkiem się jej spodobał, kiedy go po raz pierwszy zobaczyła.

Gdy jednak próbowała uzmysłowić sobie, dlaczego właściwie się jej spodobał, nie potrafiła znaleźć zadowalającej odpowiedzi. Nie widziała w nim żadnej z tych błyskotliwych i obiecujących cech, o których istnieniu zapewniał ją Gaston, jej mąż. Przeciwnie, siedział dość milczący i bierny w obliczu jej szczebiotu, mającego sprawić, by poczuł się jak w domu, i szczerej i wylewnej gościnności Gastona. Był wobec niej tak uprzejmy, jak mogłaby tego oczekiwać najbardziej wymagająca kobieta; nie próbował jednak bezpośrednio zyskać jej sympatii czy choćby szacunku.

Zadomowiwszy się na plantacji, lubił siadywać na obszernym ganku w cieniu jednej z wielkich korynckich kolumn i leniwie popalając cygaro, uważnie słuchać opowieści Gastona o życiu plantatora cukru.

- To dopiero jest życie – mówił z głębokim zadowoleniem, gdy bryza wiejąca znad pola trzciny głaskała go swym ciepłym i pachnącym dotykiem. Przyjemność sprawiało mu również spoufalanie się z wielkimi psami, które ocierały się towarzysko o jego nogi. Nie interesowało go wędkowanie, ani nie wykazał chęci, by iść z Gastonem zapolować na grubodzioby, gdy ten złożył taką propozycję.

Choć osobowość Gouvernaila była dla pani Baroda zagadką, lubiła go. W istocie był to miły i sympatyczny jegomość. Po kilku dniach, gdy rozumiała go nie lepiej niż na początku, dała sobie spokój z byciem zaintrygowaną i wbiła się w urażoną dumę. W tym nastroju przez większość czasu zostawiała swego męża i jego gościa samych. Potem, przekonawszy się, że Gouvernail nie poczuł się w najmniejszym stopniu dotknięty jej zachowaniem, zaczęła narzucać mu swą obecność, towarzysząc mu podczas leniwych przechadzek do młyna i spacerów nad rzekę. Uparcie próbowała przebić się przez pancerz obojętności, który nieświadomie przywdział.

- Kiedy wyjeżdża twój przyjaciel? – zapytała męża któregoś dnia. – Strasznie mnie męczy.

- Nie wcześniej niż za tydzień, kochanie. Ale nie rozumiem; przecież nie sprawia ci kłopotu.

- Nie. Lubiłabym go bardziej, gdyby sprawiał; gdyby był taki jak inni, i gdybym musiała planować dla jego rozrywki i wygody.

Gaston ujął w dłonie ładną twarz swej żony i spojrzał czule i radośnie w jej zatroskane oczy.

Dokonywali wspólnej toalety w przebieralni pani Baroda.

- Jesteś kobietą pełną niespodzianek, ma belle – rzekł. – Nawet ja nie wiem, jak się zachowasz w danych okolicznościach. – Pocałował ją i odwrócił się, by zawiązać krawat przed lustrem.

- Teraz na przykład – ciągnął – bierzesz na poważnie biednego Gouvernaila i robisz zamieszanie z jego powodu, co jest ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął lub oczekiwał.

- Zamieszanie! – zirytowała się. – Nonsens! Jak możesz tak mówić? Zamieszanie, też coś! Ale wiesz, mówiłeś, że jest inteligentny.

- Bo jest. Ale biedak ledwo żyje z przepracowania. Dlatego zaprosiłem go, żeby odpoczął.

- Mówiłeś, że jest człowiekiem pełnym pomysłów – odparła nieprzekonana. – Myślałam, że będzie przynajmniej interesujący. Rano jadę do miasta przymierzać wiosenne suknie. Daj mi znać, kiedy pan Gouvernail wyjedzie; będę u ciotki Oktawii.

Tego wieczora usiadła samotnie na ławce pod dębem rosnącym przy wysypanej żwirem ścieżce.

Nie pamiętała, by kiedykolwiek odczuwała w głowie taki zamęt. Wiedziała tylko, że z samego rana musi wyjechać z domu.

W pewnym momencie usłyszała chrzęst kroków na ścieżce; widziała jednak tylko rozżarzony czubek cygara. Wiedziała, że to Gouvernail, albowiem jej mąż nie palił. Miała nadzieję pozostać niezauważona, lecz zdradziła ją biała suknia. Gouvernail odrzucił cygaro i usiadł na ławce obok niej; nic nie wskazywało na to, by podejrzewał, że jego obecność może być niemile widziana.

- Mąż poprosił, bym to pani przyniósł, pani Baroda – rzekł, wręczając jej cienką białą chustkę, jaką czasem okrywała szyję i głowę. Przyjęła chustkę, mamrocząc podziękowania pod nosem, i położyła sobie na kolanach.

Gouvernail poczynił uwagę na temat zgubnego wpływu nocnego powietrza o tej porze roku. Potem, spoglądając w mrok, rzucił na poły  do siebie:

- „Noc południowych wiatrów - noc kilku ogromnych gwiazd! Jeszcze drzemiąca noc...”[1]

Nie odpowiedziała na tę apostrofę do nocy, który istotnie nie była skierowana do niej.

Gouvernaila trudno byłoby uznać za człowieka nieśmiałego, nie był bowiem świadom wywoływanego przez siebie wrażenia. Jego rezerwa nie stanowiła wrodzonej cechy charakteru, lecz wynikała z przejściowych nastrojów. Teraz, gdy siedział obok pani Baroda, jego milczenie nagle gdzieś uleciało.

Mówił swobodnie, zwierzając się niskim głosem o południowym akcencie, który nie brzmiał wcale nieprzyjemnie. Opowiadał o latach spędzonych w college’u, gdzie on i Gaston blisko się przyjaźnili; o czasach żywych i ślepych ambicji i wielkich planów. Teraz była w nim filozoficzna zgoda na istniejący porządek świata – pragnienie, by po prostu móc istnieć, i raz na jakiś czas zaznać prawdziwego życia, takiego, jakim napawał się teraz.

Sens jego słów docierał do niej jak przez mgłę. Była niemal czystą fizycznością. Nie myślała o tym, co mówi, a jedynie spijała ton jego głosu. Chciała wyciągnąć dłoń w ciemnościach i opuszkami palców dotknąć jego twarzy albo ust. Chciała przytulić się do niego i szeptać mu do ucha – nie obchodziło jej co – jak może by uczyniła, gdyby nie była kobietą porządną.

Im silniejsze odczuwała pragnienie, by się do niego zbliżyć, tym dalej, w istocie, się od niego odsuwała. Gdy tylko mogła to uczynić nie sprawiając nieuprzejmego wrażenia, wstała i zostawiła go samego.

Zanim doszła do domu, Gouvernail zapalił kolejne cygaro i dokończył apostrofę do nocy.

Tej nocy pani Baroda miała wielką ochotę powiedzieć swemu mężowi – który był również jej przyjacielem – o uczuciu, jakiego doznała na ławce. Opanowała jednak tę pokusę. Poza tym, że była kobietą porządną, cechowała ją również wielka rozwaga; wiedziała, że są bitwy w życiu człowieka, które trzeba stoczyć samemu.

Gdy Gaston wstał rano, jego żony już nie było. Pojechała pierwszym pociągiem do miasta. Wróciła dopiero, gdy Gouvernail opuścił ich dom.

Potem rozmawiali o tym, że mógłby odwiedzić ich w lecie. To znaczy Gaston bardzo tego pragnął; ustąpił jednak wobec stanowczego sprzeciwu żony.

Mimo to przed końcem roku pani Baroda sama zaproponowała, że mogliby ugościć Gouvernaila ponownie. Propozycja ta wielce zaskoczyła i uradowała jej męża.

- Cieszę się, mon cheri, że przezwyciężyłaś swą niechęć wobec niego; zupełnie na nią nie zasługiwał.

- Och – powiedziała wesoło, złożywszy długi, czuły pocałunek na jego wargach – przezwyciężyłam wszystko, zobaczysz! Tym razem będę dla niego bardzo miła.

Originally published as A Respectable Woman.

Special thanks to Jacek Staniszewski.


[1] Walt Whitman, Pieśń o sobie samym, przeł. Ludmiła Marjańska.