poniedziałek, 30 grudnia 2013

James Valvis, „Złote serce”

Urodził się ze złotym sercem. Lekarze gapili się na zdjęcia rentgenowskie, szczęki im opadły, nie pojmowali, jak coś takiego może bić, nie mówiąc już o tłoczeniu krwi, poskrobali więc w notatnikach, przepisali niepotrzebne leki, by zaznaczyć własną powagę, i odesłali chłopca do domu.

Wkrótce zachorował. Wyzdrowiał, lecz do końca życia pozostał słabowity.

Nawet wśród członków jego rodziny panowała zgoda, że złote serce to nienajlepsze rozwiązanie. Człowiekowi bardziej przydałoby się żelazne płuco albo kamienne nerki, a nawet para mosiężnych jąder pozwoliłaby łatwiej przetrwać w świecie.

Chłopiec wyrósł na mężczyznę i chociaż zawsze był wrażliwy na ludzkie nieszczęście, nie mówiąc już o muzyce country and western, to starał się, jak mógł, i dawał sobie radę... aż do dnia, gdy znalazł go człowiek bez serca. Ten ostatni rozciął mu pierś, wyrwał złote serce i wsadził do własnej klatki piersiowej.

Przez chwilę biło równo, niczym kuranty odgrywające kompozycję Beethovena, potem jednak pieśń ucichła, a serce zaczęło rdzewieć, kruszeć, aż rozpadło się zupełnie, a człowiek bez serca znowu był bez serca i krzyczał.

Tymczasem człowiek o złotym sercu otrzepał się, pierś mu się zagoiła, a miejscu starego złotego serca wyrosło nowe.

- Jak? – chciał wiedzieć człowiek bez serca.


Lecz człowiek o złotym sercu tylko wzruszył ramionami, a potem poczęstował człowieka bez serca filiżanką herbaty, dał mu wszystkie drobne, jakie miał w kieszeni, i wszystko inne, co tylko mógł.

Originally published here.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz