czwartek, 2 stycznia 2014

Matthew W. Baugh, „Bandyta Schrödingera”

Mały szary człowieczek wszedł do biura Bena Murphy’ego i wbił weń spojrzenie wielkich czarnych oczu. Ben widział wiele w ciągu piętnastu lat szeryfowania w hrabstwie Chaves, ale nigdy nic podobnego do tego nagiego, kościstego pokurcza o wielkiej głowie. W gruncie rzeczy nie był nawet w stanie stwierdzić, czy to mężczyzna, mimo że tamten był bez spodni. Lecz Ben wiedział, że bez względu na sytuację należy zachować spokój i opanowanie.

- W czym mogę pomóc? – zapytał.

Człowieczek (Ben uznał, że tak najprościej będzie go nazywać) zamrugał oczami. – Czy pan jest szeryfem?

Jego drobne usta nie poruszały się, przyjemny baryton wydobywał się nie wiadomo skąd. Ben był pod wrażeniem, zdołał jednak nie zrobić zdziwionej miny, ani nie rozejrzeć się po pomieszczeniu w poszukiwaniu źródła głosu. Przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości musi w każdych okolicznościach pozostać spokojny i opanowany, gdyż inaczej nie będzie szacunku dla prawa. Taką zasadę wyznawał Ben, od kiedy objął stanowisko, i nie widział powodu, by ją teraz zmieniać.

- Tak – odparł.

- Nazywam się Oorlatu’u – rzekł pokurcz. – Znalazłem się w pańskiej... jurysdykcji i pomyślałem, że moglibyśmy sobie pomóc.

- A mianowicie?

- Jestem łowcą nagród – wyjaśnił Oorlatu’u.

- Pański zawód akurat niewiele mnie obchodzi – odparł Ben.

- Nie jest pan jedyny. A jednak całkiem skrupulatnie zastosowałem się do waszych praw i obyczajów. Mam nadzieję, że to złagodzi pańską postawę.

Ben zmarszczył czoło słysząc te wielkie słowa i zaczął się zastanawiać, czy Oorlatu’u nie próbuje przypadkiem okazać mu swej wyższości. Było to coś, co robił czasem Dell Martinson, jedyny prawnik w mieście, i niemożebnie wkurzało to Bena.

- Czy mam rozumieć, że przyskrzynił pan bandytę? – zapytał.

- Schwytałem Wichitę Kida – odparł mały człowieczek. – Tyle że mam go nie w skrzyni, a w specjalnym pojemniku.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do środka weszły dwie istoty identyczne jak Oorlatu’u (na tyle, na ile Ben w stanie stwierdzić), prowadząc metalowy pojemnik, który unosił się około sześciu cali nad ziemią. Czarny i połyskliwy, kształtem przypominał odwróconą do góry dnem trumnę, a na jego powierzchni nie widać było żadnych łączeń.

- Kid jest w środku?

- Tak.

- Co to za pojemnik?

- To komora splątania kwantowego – wyjaśnił Oorlatu’u. – Wichita Kid jest wewnątrz, razem ze źródłem promieniotwórczym w postaci jednego atomu i zasobnikiem z trującym gazem. Jeżeli atom rozpadł się i wyemitował cząstkę promieniowania, gaz został uwolniony i Kid nie żyje. Jeżeli atom nie rozpadł się, gaz nie został uwolniony i Kid żyje. Ponieważ rozpad atomu zależy od wpływu obserwatora, Wichita Kid znajduje się obecnie w stanie superpozycji. Dopiero otwarcie pojemnika spowoduje rozstrzygnięcie sytuacji.

Ben otworzył szufladę biurka, wyciągnął zwitek prasowanego tytoniu i odgryzł kawałek. Wstał i powoli obszedł pojemnik, żując z namysłem.

- Czy nie taki zwyczaj panuje w pańskiej jurysdykcji? – zapytał Oorlatu’u.

- Nie pamiętam, żeby ktokolwiek zadał sobie tyle trudu - wycedził szeryf Murphy.

- Na liście gończym stało wyraźnie: „Poszukiwany żywy lub martwy” – rzekł mały szary człowieczek. – Nie znam innego sposobu, żeby spełnić to żądanie.

Originally published here.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz