niedziela, 30 kwietnia 2017

Steve Cook, "Magia"


Pojawiła się w moim życiu któregoś wieczora, niesiona północnym wiatrem, a może był to syk powietrza uchodzącego z pękniętej opony. Zakleiłem dziurę – zestaw naprawczy w schowku wreszcie się na coś przydał – a potem zaprosiłem ją na kawę. Dwa dni później wciąż szukaliśmy pretekstów, by krążyć wokół siebie, aż wreszcie zderzyliśmy się: rozgrzane ciała skłębione w ciemnościach. Zapach kadzidła.

Było w niej coś... dziwnego. Jakaś ostrość rysów, blask oczu, które zdawały się świecić własnym światłem, no i uszy oczywiście. Spiczaste. Zarzekała się, że to dziedziczna cecha, i rzeczywiście jej matka, uchwycona na surowych portretach, miała takie same. Zbyt jednak byłem wtedy rozemocjonowany, by zwracać na to uwagę, zbyt uszczęśliwiony tym, jak ulice zdawały się nabierać życia, gdy szliśmy nimi, trzymając się za ręce.

Była asystentką iluzjonisty i często występowała albo ćwiczyła. W ciągu pierwszego tygodnia pokazała mi kilkanaście sztuczek: „trzy kubki”, „igłę przez kciuk” i coś, co nazwała „brymsem”. Śmiałem się jak dzieciak, ale kiedy pokazała mi, co dzieje się za kurtyną, doznałem lekkiego rozczarowania.

- Nie lubisz magii? – zapytała.

Zdobyłem się na półuśmiech. – Jasne, że lubię.

- Ale?

- Magia… jest najlepsza, kiedy nie rozumiem, co w istocie się wydarzyło, kiedy się zastanawiam: a może to było naprawdę?. – Pochyliłem się naprzód, czując, jak otula mnie otaczająca ją aura niesamowitości. – Ale to miło z twojej strony. Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną tym aspektem swojego życia.

Kochaliśmy się tej nocy i było to coś więcej niż seks; intymne porozumienie po tysiąckroć ważniejsze od wszystkiego, co było przedtem. Nie minęły trzy tygodnie, a praktycznie się do niej przeprowadziłem.

Im więcej czasu u niej spędzałem, tym więcej dziwnych rzeczy zauważałem. Pachniała niesamowicie, tak jak powinna pachnieć kobieta: jej włosy kocią sierścią i komfortem, a ciało rozgrzanym piaskiem letniej plaży. Była niezwykle czysta, a jednak nigdy nie widziałem, żeby się myła. No i te zdjęcia rodzinne.

- Wszyscy są bardzo… eleganccy – stwierdziłem, spoglądając na rząd poważnych twarzy. Szczupli mężczyźni w powłóczystych szatach, obwieszone biżuterią kobiety  w balowych sukniach. Rozejrzałem się po jej ciasnym, zabałaganionym mieszkanku, a potem raz jeszcze skupiłem wzrok na zdjęciu, które wyglądało na zrobione we wnętrzu dworu czy pałacu. – I mówisz, że to z wesela?

- Ach, nie, przepraszam. To z domu mojego taty – powiedziała, a potem wyrwała mi je z dłoni. – Chcesz zobaczyć sztuczkę?

Pokazała mi trik, który, jak się później dowiedziałem, nazywa się „niewyczerpaną butelką”. Z pustej flaszki po hipsterskim napoju kawowym, który kupiliśmy tego dnia, na zawołanie lała się woda. Piwo. Oranżada. Cienka struga czegoś, co, jak zapewniała, nie było moczem, choć węch podpowiadał mi inaczej. Potem whisky, i wznieśliśmy toast za magię.

Nie wyjaśniła mi, na czym sztuczka polega, i tym bardziej ją za to kochałem.

W końcu jednak nadeszła chwila, kiedy się pokłóciliśmy; była to gorąca sprzeczka, która przybierała na sile równie szybko, jak czerwieniały czubki jej uszu. Drobne irytacje przerodziły się w meteory, które wbijały się w powierzchnię ziemi, głęboko raniąc nasze uczucia. Po bombardowaniu wyszedłem, wściekły. Nie dowiem się nigdy, co myślała, ale sam już zaczynałem zastanawiać się, czy nie powinienem jej przeprosić.

Wróciłem pół dnia później, niosąc w ręce prezent na znak pokoju. Drobny amulet, z żeliwa czy innego pozbawionego połysku stopu, kupiony w jednym ze stoisk na rynku, które tak lubiła.

Spojrzała na mnie, potem na prezent. – Ty naprawdę nic nie rozumiesz, prawda? – Spochmurniała. – Powiedziałeś mi kiedyś, że najbardziej lubisz magię, kiedy cię intryguje, zostawia w niepewności. Nadal tak jest?

Uszczypliwość w jej głosie budziła nieufność, ale skinąłem głową.

- A więc dobrze. Abrakadabra – powiedziała i zniknęła. Tak po prostu. Nie rozległ się grzmot, orkiestra nie zagrała tusz. Kilka liści opadło na ziemię, błyskawicznie brązowiejąc.

Zamrugałem oczami, a potem zaśmiałem się, gdy napięcie zaczęło powoli puszczać. – Dobre – powiedziałem. – Jak u diaska to zrobiłaś?

Mój głos odbił się echem od ścian, jakby puste mieszkanie szydziło ze mnie.

Siedziałem tam jeszcze godzinę, coraz bardziej wkurzony jej dziecinadą, jej próbą wymigania się od poważnej rozmowy. W końcu wyszedłem, trzaskając drzwiami.

Przez cały następny dzień nie odezwała się do mnie, a po dwóch zaniepokoiłem się nie na  żarty. Poszedłem do niej i zapukałem. Otworzył zwalisty drab w gaciach i podkoszulce na ramiączkach.

- Czego? – warknął.

- Szukam… szukam dziewczyny, która tu… - Zajrzałem do środka. Pokój wyglądał zupełnie inaczej, był brązowy, jakby całe życie i barwy z niego wyciekły. Zniknęła półka z okazami ciekawych kamieni, ułożonymi nie według wielkości, lecz według wzoru, który, jak mówiła, odzwierciedlał jej duszę. Zniknęło łóżko, a miejsce wzorzystego baldachimu zajęła świecąca brudno naga żarówka. Zniknęły też fotografie, a zamiast nich na stole leżało pisemko porno i stało pięć kubków, kiedyś pewnie z kawą, dziś już tylko z pleśnią.

Facet spostrzegł, że zapuszczam mu żurawia przez ramię, skrzywił się i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.

Nie chodziło tylko o mieszkanie. Jej różowy samochodzik nie stał już na parkingu; w  kawiarni, do której zwykliśmy chadzać, kelnerki wzruszyły bezradnie ramionami; a co najgorsze, iluzjonista, u którego rzekomo pracowała, spojrzał na mnie tępym wzrokiem i potrząsnął przecząco głową.

Szedłem ulicami, które wydawały się teraz mroczniejsze, martwe albo umierające, porażony wiedzą o tym, jak bardzo się myliłem. Zrozumienie zasady, na jakiej oparta była dana sztuczka, nie unieważniało jej, ani nie czyniło mniej wartościową; sprawiało, że jeszcze bardziej doceniało się magika i jego umiejętności. Zdawałem sobie sprawę, że coś magicznego przeszło mi przez ręce, że otrzymałem szansę, by zajrzeć za kurtynę.

Ale było już za późno. Zniknęła z mojego życia, jakby za sprawą magii.


niedziela, 11 października 2015

Holly Schofield, "Szósty zmysł"

Mara poczuła znajome mrowienie na karku. Chwyciła kombinezon i zanim na pokładzie stacji kosmicznej zabuczał klakson, zdążyła już założyć go do połowy. Ojciec twierdził, że jej zdolność jasnowidzenia osłabnie z wiekiem, ale dzisiejszy dzień był dowodem, że tak się nie stało.

Kombinezon, hełm, rękawice.


Pozostali członkowie załogi dopiero zaczynali się ubierać.


Ciśnienie szybko opadało: rozszczelnienie kadłuba dwa poziomy niżej. Liczyła się każda sekunda. Chwyciła zestaw naprawczy.


Zatrzasnęła za sobą właz. Nie ma sensu, żeby ktokolwiek więcej umierał. Obok iluminatora powietrze uciekało ze świstem przez dziurę po meteoroidzie wielkości pięści.


Szczeliwo, metalowa łata i świst ustał, podobnie jak mrowienie na karku.


- Akurat na czas. – Dołączyła do niej pani kapitan. – Jak to możliwe, że zareagowałaś tak szybko?


- Dobry refleks i tyle. – Nie miała zamiaru ujawniać swoich zdolności. Zawsze dobrze jej służyły – jako siedmiolatka zadzwoniła po strażaków, zanim jeszcze pojawił się dym, była najlepszą ratowniczką w mieście jako nastolatka, zapobiegła tuzinowi innych katastrof.


W tym tej.


Stłumiła uśmiech zadowolenia, wyglądając przez iluminator, akurat w momencie, w którym w stację trafił drugi, dużo większy meteoroid.


pierwodruk w „AE: The Canadian Science Fiction Review”, kwiecień 2014

Więcej: http://hollyschofield.wordpress.com/


wtorek, 7 stycznia 2014

Ravi Mangla, „Cudzoziemka”

Była nowa w mieście i nieodpowiednio ubrana, sukienka w kwiaty w środku zimy. Pracowała jako kelnerka w barze w suterenie, czekając na właściwy moment. On mieszkał bezpośrednio nad nią. Zapuszczona kamienica z elewacją z piaskowca. Ona dzieliła mieszkanie z czterema współlokatorkami, nieustannie zakochującymi się i odkochującymi, i najgorsze chwile przeczekiwała u niego, na grzbiecie jego dłoni rysując budynki rodzinnego miasta. Tak pokazała mu liceum, do którego chodziła, i szpital, w którym się urodziła. W moim miasteczku, powiedziała mu, koty w zimie chodzą w sweterkach. Niezawodność hydrantów sprawdza się na godzinę przed każdym pożarem. Doroczne święto obchodzi się tylko w lata przestępne. Jego to ciekawiło, pociągał go dotyk cienkopisu na skórze. Gdy nie mógł zasnąć, małym palcem wodził po nitkowatych dróżkach prowadzących z poczty na ganek jej domu. Dorastał w dużym mieście i małomiasteczkowe życie traktował z pewną podejrzliwością, jednak tego konkretnego miasteczka trudno było nie lubić: drzwi niezamykane na noc i oranżada z lodami, lekarze, do których mówi się po imieniu, uliczne parady odbywane z byle powodu. Ona poprawiała kreski, które się wytarły, dodając nowe aleje i zabytkowe budynki, aż rysunki sięgnęły jego łopatki. Powiedziała mu, że ma plan co do reszty jego ciała, a potem przestała przychodzić, bez słowa ostrzeżenia. On nasłuchiwał odgłosu jej kroków na schodach, ale bez skutku. Tydzień później zapukał do jej drzwi. Otworzyła jedna z współlokatorek, w szlafroku, a on zapytał o nią. Pojechała do domu, odparła, z tuszem do powiek rozmazanym pod oczami. Chciał wiedzieć, kiedy wyjechała, ale zanim zdążył dokończyć, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Stojąc w progu, podciągnął rękaw swetra. Linie zniknęły, zatarte przez tygodnie nieobecności. Śledził je tysiące razy, obserwował, jak czubek mazaka pełznie po jego skórze w kolejne wieczory. Gdyby tylko dalej poruszał stopami, był przekonany, że ponownie zaprowadziłyby go do niej.

Originally published here.


Lindsey M. Brummerhop, „i cały ten czas”

jest coś tak skupionego w dźwięku klawisza fortepianu.
uporządkowany, lecz melodyczny. precyzyjny.

a zarazem w jakiś sposób kojący.

- a więc co na przykład poprawia ci humor, Alicjo? – podnosi wzrok na moment, poważnie rozważając pytanie.
- średniki i słowo jednocześnie.

aliteracja.

- aliteracja, Alicjo?

absolutnie tak.

boli już o wiele mniej niż miesiąc temu.
- co takiego?
wszystko.

ból znacząco się zmniejszył. wspominam cię zaledwie kilkaset razy dziennie zamiast kilku tysięcy. mruganie oczami jest o wiele łatwiejsze niż w zeszłym tygodniu. raz na jakiś czas jestem w stanie odetchnąć zamiast przyglądać się zdjęciu waszej dwójki w poszukiwaniu. jakiegoś. wyjaśnienia.

nieprawdy.

ale tak, fortepiany.
one też pomagają.

zamieniają całą tę katastrofę w rodzaj liryki.

kolejna scena w scenariuszu, trzy czy cztery strony temu, zaznaczona, a potem przekreślona. zredagowana.
sfinalizowana.

namacalnie zapomniana przy pomocy długopisu i bardzo konkretnych rozproszeń uwagi. kubek z kawą umieszczony dokładnie nad nazwiskiem bohatera.
nagle nie jesteś już powodem, dla którego muszę znieruchomieć na moment w środku dnia i przełknąć szloch, którego nikt inny nawet nie widzi; nie.
nie, zamiast tego cały nasz związek staje się opowieścią, którą ci zwracam.

ze zmienionymi imionami.

i lepiej napisaną.

Originally published by Backhand Stories.



Joseph Rubas, "Noc"

W mediach huczało. Gadające głowy rozprawiały o czymś nadchodzącym, czymś, co miały przynieść najbliższe lata. Naukowcy przemykali chyłkiem, politycy łagodzili, księża modlili się. Mijał czas. Słońce na niebie gasło coraz bardziej. Dni kurczyły się, a noce nabrzmiewały. Ludzie panikowali. Witryny sklepowe pękały z hukiem, budynki zapadały się, samochody koziołkowały.

W stanie Nowy Jork milionerzy obsypywali złotem każdego, kto obiecał im choćby jeszcze jeden dzień. W Beverly Hills filmowe gwiazdki zamykały się w swych rezydencjach i czekały, porzuciwszy ochroniarzy i nianie. Granica z Meksykiem stanęła otworem, przerwana przez rzesze Amerykanów spragnionych słońca; w Rio świeciło od dziewiątej rano do piątej po południu. Pełne osiem godzin dziennie.

Osiemnastego sierpnia dzień wstał ciemny, lecz bez opadów. Potem zaczął padać śnieg i ciągu kilku godzin półtorametrowa warstwa białego puchu pokryła kontynent od północnych krańców Kanady po Meksyk. Płatki wirowały w mroźnym powietrzu.

W październiku padało już w Rio, mieście slumsów, gwałtów, morderstw i głodu, zupełnie jak wcześniej, tyle że teraz ofiarami były gwiazdy filmu i baseballa, pisarze i przedstawiciele amerykańskiej klasy średniej.

W Boże Narodzenie pokrywa chmur rozstąpiła się i nieliczni, którzy przetrwali, odziani w złachmanione zimowe kurtki i kradzione buty, patrzyli, jak słońce robi się coraz mniejsze, mniejsze, mniejsze i wreszcie znika zupełnie.

A potem była już tylko noc.

Originally published here.


David Jones, „Billy Śrut”

Hanney odchylił się w krześle tak, że jego plecy utworzyły z podłogą kąt czterdziestu pięciu stopni. – Wiecie, co jest najlepsze, jeżeli chodzi o Billy’ego Śruta? – zapytał, podnosząc brwi i spoglądając na Dziwnego i mnie.

- Nic nie przychodzi mi do głowy – odparł Dziwny, siadając na ławce i bębniąc ołówkiem o zęby.

- No właśnie – rzekł Hanney. – W tym cholernym szkieletorze nie ma nic dobrego.

- Masz rację – zgodziłem się. – Buc z niego i tyle.

Hanney skinął głową. – Dlatego musimy sukinsyna wykończyć.

- Pełna zgoda, przyjacielu – odparłem, oglądając paznokcie w poszukiwaniu nieistniejącego brudu.

Nagle Harry Błysk – który stał na straży przy drzwiach – zakończył tę naradę słowami: - Śrut nadchodzi!

Hanney prawie spadł z krzesła; Dziwny prawie spadł z biurka. Chwilę później siedzieliśmy przepisowo w krzesłach, z wyprostowanymi plecami, spoglądając przed siebie. Serce waliło mi jak młotem.

- A więc dobrze – rzekł profesor Franklin, wchodząc do sali i stając za pulpitem. – Na czym to skończyliśmy? – Spojrzał na słowa wypisane kredą na tablicy. – Ach tak, angielska wojna domowa. – Zdjął okulary i przetarł szkła. – Panie Hanney?

- Słucham, panie psorze – rzekł Hanney posłusznie.

- Wydajesz mi się w pewnym sensie miłośnikiem historii, nieprawdaż? Ha, ha! A zatem, panie Hanney, proszę mi powiedzieć, jak nazywano główne obozy walczące w angielskiej wojnie domowej?

Hanney posłał mi rozpaczliwe spojrzenie. Wzruszyłem ramionami. Wyglądało na to, że Billy Śrut przeżyje kolejny dzień.

Originally published here.


John Xero, "Bestia we krwi"

Z powrotem w robocie, i właśnie jestem na komisariacie policji. Agenda rządowa, dla której pracuję, ma wystarczające wpływy, by umieścić mnie, gdzie trzeba, ale nie bez wzbudzania niechęci i podejrzeń. Działamy oficjalnie, ale dyskretnie, nawet jeżeli czasem utrudnia nam to życie.

Wydział 33 bada sprawy niewyjaśnione. Och, wiem, słyszeliście o tym, znacie to z seriali, ale tak naprawdę w większości przypadków wyjaśnieniem są balony meteorologiczne, lekarze-maniacy, zwierzęta zbiegłe z zoo albo coś równie przyziemnego.

Tym razem miałem powody sądzić, że chodzi o coś innego, i utrzymanie całej sprawy z dala od mediów było trudne. Nie żeby robiło to jakąś różnicę, bo w mieście takim jak Shoulton plotki roznoszą się z szybkością błyskawicy. Bestia wróciła. Coś zabiło kilka zwierząt domowych, rozerwało na strzępy kilka sztuk bydła, a teraz na intensywnej terapii znalazł się mały chłopiec. Miasteczko żyło w strachu. Kiedy przyjechałem poprzedniego wieczora, ulice były opustoszałe. Właścicielka pensjonatu, starsza pani, kazała mi podać legitymację służbową przez szparę na listy, zanim mnie wpuściła.

Inspektor prowadzący śledztwo nie mógł być starszy ode mnie o więcej niż dziesięć lat, ale już solidnie łysiał. Usta z opadniętymi kącikami zdawały się ciągnąć w dół całą twarz, przez co wyglądał na zmęczonego i zgorzkniałego. Bił od niego zapach papierosowego dymu i miętowych cukierków.

Siedzieliśmy w ciasnym pokoiku przesłuchań, przy stole, na którym piętrzyły się stosy beżowych teczek z aktami. Posadzono mnie po stronie, po której sadza się podejrzanego, ale nie pozwoliłem, by zbiło mnie to z tropu. Znałem tę sztuczkę, miejscowi stróże prawa nie lubili, gdy wtykaliśmy nos w ich sprawy, więc dawali nam do zrozumienia, że jesteśmy nieproszonymi gośćmi, jednocześnie zapewniając wszelką pomoc, oczywiście.

- To wszystkie akta, w tym wszystkie przypadki zaginionych zwierząt domowych od zeszłego miesiąca, kiedy wygląda, że ta sprawa się zaczęła.

- Dziękuję, inspektorze. Znajdę pana, gdybym miał jakieś pytania.

Wiedziałem, że nie podoba mu się, że go odsyłam, z drugiej jednak strony nie zamierzał siedzieć ze mną i tracić czasu. Zawahał się. Z dłonią na pierwszej teczce podniosłem wzrok i napotkałem spojrzenie jego zmrużonych oczu.

- Tak?

- Joe Bright. To pański brat, Ben Bright, przebywa w Hendy House, nieprawdaż?

Hendy House, zakład dla umysłowo chorych i potencjalnie niebezpiecznych. Skrzywiłem się.

- Tak. – Na końcu języka miałem uwagę o jego zdolnościach detektywistycznych, ale powstrzymałem się.

- Ciekawe, jak to wszystko zaczyna się od nowa i pan zjawia się ponownie.

- Bardzo ciekawe. Taką mam pracę, inspektorze.

- Teczka pańskiego brata jest na samym dole.

- On wciąż jest w Hendy, jak przypuszczam, więc po co wyciągać jego teczkę?

- Wciąż tam jest. Ale to nie znaczy, że nic nie wie o tym, co się dzieje.

- Był pan się z nim widzieć, inspektorze?

- Jak dotąd nie miałem powodu. Może powinienem wyciągnąć pańską teczkę, skoro wrócił pan do miasta. Zawsze wydawało mi się dość niezwykłe, że ostatnim razem ataki ustały zaraz po tym, jak pan wyjechał, a pańskiego brata zamknięto. Wielu ludzi się temu dziwiło. Ale byłem wtedy tylko konstablem, nic nie mogłem zrobić.

A Wydział kazał im umorzyć śledztwo. Zwerbowali mnie i zamknęli Bena. Inspektor mógłby się jednak zdziwić, gdy zażądał mojej teczki. Nie dostałby jej. Wydział ma specjalne przywileje.

Originally published here.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Hermine (Minkee) Robinson, „Szarlotka z kruszonką”

George wrócił ze spaceru i znalazł w lodówce szarlotkę z kruszonką. Chociaż nie pamiętał, żeby ją kupował, wstawił ją do piekarnika do odgrzania. Mikrofalówki przypalały kruszonkę. Postawił czajnik na kuchni i otworzył gazetę na dziale z poradami życiowymi. Zawały! Jedna z głównych przyczyn zgonów kobiet. Odłożył gazetę. To nie przywróci życia Mary. Woda w czajniku wciąż się nie zagotowała. Spojrzał na owalny zegar kuchenny z podziałką zamiast oznaczeń godzin. Ładny, ale niepraktyczny.

- Wolałem poprzedni – powiedział na głos. Nikt mu nie odpowiedział. Na wspomnienie śmierci Mary poczuł ostre ukłucie w brzuchu. Rozejrzał się po kuchni, by znaleźć jakieś pocieszenie, ale nic nie wydawało się znajome. Serce zabiło mu gwałtownie, był w nie tym domu co trzeba! Jeżeli jego córka, Anna, się dowie, znowu zacznie tę głupią gadkę o domu starców. George złożył gazetę i zaczął szukać rękawic kuchennych.

- Tato! – Jak Anna go znalazła?

- Przepraszam – rzekł George. – Powiedz ludziom, którzy tu mieszkają, że to była pomyłka.

- Już dobrze, tato, mieszkasz teraz ze mną. – Anna przekręciła kurek w kuchence na zero i podłączyła czajnik do gniazdka. Wyjęła szarlotkę z zimnego piekarnika i podgrzała ją w mikrofalówce.

George ze zmarszczonym czołem spojrzał na rozmoczoną papkę na talerzu. – Zepsułaś szarlotkę.

- To rabarbar, tato. Rabarbar.

Originally published here.


Martin Mother’s Milk, “The Most Beautiful Smell in the World”

The most beautiful smell in the world.

The smell that makes the world go round, causing women to mate since the beginning of mankind.

The smell of the undergrowth, the underbush, the underbelly. The pubic smell.

The smell of love and death, sex and termination, of Eros and Thanatos coupled, of coupling.

The smell of the sweaty stag, the master of the forest, the horned, the horny.

The smell of blowjob, of fellatio, of French love.

The smell of bodily fluids, of secret secretions, the pheromone smell.

The smell of the Lord of Flies, of the Devil, of Pan, of Satyr.

The smell of putrefaction, nigredo, of transformation, the alchemical smell.

The smell of Rosencranz and the smell of Totentanz.

The smell of the shameless pricke, the immodest working tool, the virile effigie, the φαλλός.

The smell of methanethiol, of hydrogen sulfide, of linalool, of trans-ocimene, of phenylacetaldehyde, of dimethyl sulfide, of dimethyl trisulfide.

The sharp, sickly-sweet smell of the slime-covered gleba, the love potion smell.

The smell that is rubbed into bulls’ necks to make them fight harder, the smell that is fed to young bulls as a potent aphrodisiac.

The smell that I rub into my own neck to attract my female, my woman, my wife.

The most powerful smell in the world.

The smell of the Phallus impudicus.


John Xero, "Wojna"

To jest ostatnia wojna ludzi. Wojownicy nie do zliczenia, rany do nie zagojenia, trupy nie do pogrzebania.

Światem wstrząsa niezgoda. Gniew, wściekłość, ból, stres, desperacja i rozpacz.

W samym środku ściera się dwóch królów, dzierżą potężne miecze skradzione z porzuconego nieba. Stal zgrzyta o stal. Sypią się iskry. Z każdym uderzeniem bucha fala gorąca i ognia, paląc bez różnicy sprzymierzeńców i wrogów.

Królowie walczą, pogrążeni w bitewnym szale, podczas gdy ich armie płoną.

Nadchodzi zima ludzi. Z popiołów powstaną zapomniani bogowie.

Originally published here.


John Xero, „Stos”

Wrony wypowiadają proroctwo, a ich słowa obracają się w krew. Liście pod nimi mają rdzawe plamy i są ciężkie od leksykalnej miazgi, spadają, topiąc las w czerwonobrązowym morzu.

Ludzie w łachmanach obgryzają kości cywilizacji, manifestacja zgnilizny, zjadają własnego żywiciela. Zjadają siebie.

Wrony były zwiastunami, heroldami, teraz strażnikami końca.

Umierające słońce pulsuje na niebie, wielkie, pękate i gorące – jednooki demon skupiony na trupie świata.

Ziemia zajmuje się i płonie po raz kolejny i ostatni. Kraczące wrony wznoszą się na skrzydłach ognia, hałaśliwy stos.

Originally published here.


"The Winter that Wasn't" Contest Entry: Lech Woźniak, "The Woodpecker"

In the spring on Epiphany we plod through the woods as if through a desert. Dropsy sniffs more and I see less – it’s spring, without the buds yet, but present in the weather. The wild boars are gone to the morass, the roe deer have left their tracks in the mud, and the pheasants, well, like the pheasants: you don’t know until you scare one off. So it’s up for Dropsy to be recognizing our lesser brethren, for me it’s only presence via sight.

We approach a pond. Once flowing over the dam, now dwindled, rachitic,  virtually dubious, like a leaky vessel, no longer to be swum across but to be crossed on foot – in wellingtons, but that doesn’t make sense.

No rustle, some banging, then silence, and again. I’m looking out for blowdowns – it’s always cheaper and the hiking makes sense. Some banging, then silence, and again.

The naroids, haberdings and stainsies all have their time and place, but why it’s a record low of minus ninety four Celsius in Antarctica and below minus forty and blizzards in the US?

A hare leaps out but Dropsy, summoned, leaves it, its tail nervously upright, while above there’s some banging, then silence, and again.

There’s snow in the shadows of the obvious January leftovers, but it’s poor, pitiful, and you’d need to guess it’s “winter”.

Omnia, omnius, moribus est… Time, memory, toys, tools, pencils – what do you need to find meaning, to understand things as they are?

We go back through the mud of clayey memory, more precise than a track in the snow. It’s boar hoof prints mostly, with some deer spoor, sometimes a hare’s leg.

We trudge on, the clay sticking to the boots, catching, not like the smooth and gliding snow.

Getting bogged down, crushing the downright miasmata of the users of this trail, we snatch our soles free, and there’s some banging, then silence, and again.

We’d feel unsatisfied when suddenly there’s bang, pop, blast, burst, clap, thud, slam, boom!

The flutter of wings – a rustle – and it’s no longer: some banging, then silence, and again.

And from above falls a woodpecked piece of a birch trunk...

Translated from the Polish.



niedziela, 5 stycznia 2014

Joseph Scapellato, „Sen o końcu”

I.

Dziewczyna w śpiącej kobiecie śni jej sen o końcu. Przybywa do niej kowbojka bezdzietna: jedzie na turkusowym koniu, przytrzymując się plecionej grzywy. Srebrne kolty w olstrach.

Dziewczyna w kobiecie we śnie, który śni, jest w jasnych butach, skulona za skałą wielkości szopy.

Dziewczyna, kowbojka, koń, usiana kaktusami równina. Kopyta wzbijające tumany kurzu.

Śpiąca kobieta była na tej pustyni: Nowy Meksyk, mruczy przez sen. Dziewczyna nie  była i nigdy nie będzie. Kowbojka posiada pustynię. Pustynia też ją posiada.

Śpiąca kobieta przewraca się na drugi bok, to reakcja na dodatkową przestrzeń. Gdzie on był, ona nie wie. Nawet jej się to nie śni.

II.

Dziewczyna wyskakuje zza skały, krzycząc: - Ja! – i kowbojka spina konia: jedno załzawione oko czerwone jak płomień, drugie równie niebieskie, płomienie liżą, skaczą, śpiąca kobieta zna ten błękit – jej kuchenka na dole, sycząca gazem, kuchenka, na której kiedyś co wieczór gotowała, dzisiaj rzadziej. Mikrofalówka: zielone zera.

Dziewczyna w śpiącej kobiecie nie zna tej kuchenki. Ale wie, że konia boli, kiedy musi nieść kogoś na grzbiecie, i czuje ukłucie tęsknoty za matką, którą dzieli ze śpiącą kobietą: ojca nie ma, jest na wojnie. Jedz; zapełnij brzuch, by zapomnieć o sercu.

Kopyta wzbijają tumany kurzu, gdy koń pędzi przez kreozot, miażdżąc pokryte woskiem liście, zatrzymując się centymetry od twarzy dziewczyny, która radośnie zaciska pięści, podskakując jakby na sprężynowym materacu; matka zniknęła nagle z pamięci. Kolty lśnią w słońcu. Obie lufy zaczopowane.

Kurz przechodzi przez nie niczym rozkaz, zignorowany. Dziewczyna myśli: Gdybym tylko, gdybym tylko mogła być z nią. Błysk; kowbojka rozdziela swój fotogeniczny uśmiech, by powiedzieć: - Czujesz zapach dymu?

Śpiąca kobieta potrząsa głową, podbródkiem dotykając ramienia, splątane prześcieradła, czuje tylko zapach potu i świeżo malowanych ścian. Mówi w przestrzeń: - Odnowione mieszkanie, stary budynek.

To właśnie mówiła swojej siostrze. A ta mówiła jej: "Powiedz coś innego, dobrze? Coś, żebym wiedziała, że z tobą wszystko w porządku".

- W przyszłe lato – mówi.

Daje mu rok.

W przyszłe lato.

Nienawidzisz lata. Nienawidzisz upału.

Ja nigdy nie nienawidzę upału.

Dziewczyna węszy tak intensywnie, że marszczy jej się skóra na twarzy. Chce poczuć zapach dymu.

Koński pysk lśni od potu. Oczy błyszczą i skwierczą.

Nachylając się, kowbojka pyta: - Dymu?

- Kreozotu – poprawia ją śpiąca kobieta, spoglądając na pogniecione krzewy. Puch kielichowy unosi się w powietrzu.

III.

Jej siostra mówi: - Zawsze byłaś małą dziewczynką.

Chciałabym.

To właśnie mam na myśli.

IV.

Ale dziewczyna nie czuje zapachu, może tylko marszczyć nos, tak bardzo chcąc z nią być, na poły świadoma, jaki miała zapach, kiedy istniała. Jej węszenie przepływa przez śpiącą kobietę, jeżeli śpiąca nie śpi i odbiera silne, podstępne bodźce; jeżeli tak, to dziewczyna jest jedyną, która czuje zapach, całkowicie obecna i ponownie przeżywająca kto wie ile chwil w jeden powrót, radość jazdy i podskoków – orzeszki, cygaretki, wilgotne męskie buty – i jeżeli pełna nadziei budząca się śpiąca kobieta spróbuje spotkać węszącą przez nią dziewczynę, odwracając się, wyciągając rękę – wszystko wyparuje.

Takie jest znaczenie, śpiąca kobieta wie to. Teraz może tylko przypomnieć sobie jak, nigdy nie może nadziei na że – ale jest spragniona nowych zakończeń, nawet na tej dawno zapamiętanej równinie.

Dziewczyna opuszcza radosne pięści. Jej twarz tężeje, przygotowuje się na ten rodzaj płaczu, który toczy się przez pustynię niczym deszcz: rzadki, intensywny i bez sensu. Kowbojka przekrzywia kapelusz, pogłębiając cień. Wyciąga kolty, kręci nimi młynka, para srebrnych kół – do widzenia, Ojcze, do widzenia, Greg – i zatrzymuje je lufami wycelowanymi w niebo. Wszystkie może-chmury zmielone, sproszkowane przez przestrzeń, błękitne płachty.

Czy nie możesz kreozot, prosi śpiąca kobieta, z ustami przyciśniętymi do prześcieradła, przypominając sobie przez sen zapach kreozotu, deszczu, Grega, ich lat na pustyni, ich domu z gliny, całodziennych wycieczek i kaktusowych ogrodów i długich kilometrów przez pustynię pomiędzy nimi i wszystkimi, których znali.

Zapach kreozotu, co podnosi się po deszczu.

Z korzeni sączy się trucizna, mówił Greg zawsze, gdy padało, za każdym razem pachniało to zdumiewająco, zapach, którego nie ma nigdzie indziej. Pustynia kwitnąca, potem spalona na powrót w twardość.

To jest to. Dziewczyna wyciera uparty nos. Drżąc, szura butami, i mówi: - Chcę być tylko z tobą.

Mówi, czuję to.

Kowbojka pociąga za spusty. Czopy eksplodują – oczy konia jaśnieją, tryskając gazem – rój gwarków skrzeczy, gołębie kwilą – dwa wielkie słupy dymu, kłębiące się, rozkładające czarno. Wieje brudny wiatr, gnąc kaktusy i marszcząc turkusową derkę konia. Słupy dymu łączą się w jeden. Kowbojka, z koltami skierowanymi ku ziemi, sięga dłońmi w rękawiczkach po dziewczynę, a ta jest zbyt przerażona, by się cieszyć, zbyt się cieszy, by płakać – chwyta frędzle spodni kowbojki; obie są w siodle, gdy dymne zasłony zamykają się – otwierają – unoszą.

V.

Śpiąca kobieta teraz sama. Nikogo więcej na równinie, lecz w niej.

Nie wiedząc: gdy się obudzi, ich nie będzie, a ona poczuje zapach farby. Gdy wróci do pracy, mikrofalówka, głos jej siostry, prześcieradła i dodatkowa przestrzeń? A jednak nie będzie ich, wydymione na dobre.

Ta równina, mówi. Gdzie była samochodem. Co zostawiła. Co może mieć na myśli, mówiąc: „W przyszłe lato”.

Originally published by Fictionaut.